Projekt czytelniczy I

Oferta dla gimnazjalistów na rok szkolny 2017/2018 - kliknij TUTAJ. Zapraszamy do "Czerwoniaka" !

Projekt czytelniczy I

 

Gdybym kiedykolwiek musiał  przeczytać

drugi raz lekturę, byłaby to …

 

W listopadzie 2016 roku uczniowie naszej szkoły brali udział w projekcie organizowanym w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Na lekcjach języka polskiego pisali rozprawki problemowe na temat swoich ulubionych książek. Uczniowie liceum i technikum podzieleni zostali na trzy grupy. Każda z nich miała inny temat:

Klasy pierwsze: „Od niej wszystko się zaczęło… Pierwszą książką, która zrobiła na mnie największe wrażenie, była…”

 Klasy drugie liceum, drugie i trzecie technikum: „Gdybym kiedykolwiek znalazł się na bezludnej wyspie i mógł zabrać tam tylko jedną książkę, byłaby to…”

Klasy maturalne: „Gdybym kiedykolwiek musiał drugi raz przeczytać lekturę, byłaby to…”

Obecna wystawa prezentuje najlepsze prace napisane na ten konkurs przez uczniów klas maturalnych.

W następnym miesiącu zostaną zaprezentowane prace uczniów z klas pierwszych, a za dwa miesiące – klas drugich i trzecich. Opisywane przez uczniów lektury zostały wymienione w kolejności na poszczególnych zestawieniach.

Najlepsze prace na tym etapie konkursu w klasach maturalnych napisały następujące osoby: Malwina Kurpiewska – III b LO, Tomasz Golec – IV TI, Paulina Przychodzeń – III b LO, Oliwia Ciereszko – III a LO, Kamil Pankiewicz – IV TI.

Bardzo gratuluję wszystkim uczniom, którym udało się napisać prace świadczące o tym, że lektura może człowieka zaintrygować.

Lektury, które czytają uczniowie w szkole średniej to najczęściej arcydzieła. Czasami nie są to książki, które czyta się łatwo, lekko i przyjemnie… Wymagają od człowieka pewnego intelektualnego wysiłku, cierpliwości,  jak każde dzieło, które jest wielkie… Jest to jednak trud, który zawsze w pewnym momencie życia nam się odwdzięczy. Uważam, że czytanie lektur uczy człowieka pewnej dojrzałości, odpowiedzialności. Jeżeli nie zrozumiemy, że umiejętność czytania polega na ciągłym wspinaniu się na wyższy szczebel czytelniczych umiejętności, to możemy na całe życie pozostać „na ziemi”, na najniższym szczeblu, tam, gdzie jest to „cmentarzysko” lektur sprasowanych na blachę - streszczenia!

Dlatego warto od czegoś zacząć, cieszyć się, kiedy trafimy na lekturę, która w jakiś sposób przemówi do naszej duszy, a przede wszystkim zapomnieć podczas czytania, że ta książka jest LEKTURĄ!

Na tę wystawę opisałam dwie moje ulubione lektury – „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza i „Inny Świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Polecam je wszystkim maturzystom. Chciałabym, aby były na maturze!

Ewa Matanowska

 

Gdybym kiedykolwiek musiała przeczytać drugi raz lekturę, byłaby to „Lalka” Bolesława Prusa.

Czytanie książek, według mnie, to najlepszy sposób spędzania wolnego czasu. Jest czynnością odprężającą, przyjemną, a zarazem bardzo ciekawą, ponieważ książka pozwala nam przenieść się w inną rzeczywistość, sięgnąć do naszej wyobraźni i zagłębić się w nią. Dzięki czytaniu zapominamy o codziennych problemach. Nie lubię wracać do książek, które już przeczytałam. Uważam, że jest to „komnata tajemnic”, którą poznać możemy tylko raz, wtedy najlepiej ją odkryjemy, najbardziej nas zaciekawi. Jednak gdybym kiedykolwiek musiała przeczytać drugi raz lekturę, byłaby to „Lalka” Bolesława Prusa.

Powieść ta jest lekturą, która spośród innych książek najbardziej przypadła mi do gustu. Jestem romantyczką, więc chyba dlatego ta powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wokulski, główny bohater, jest szalenie zakochany w arystokratce – Izabeli Łęckiej. Ich historia jest niezwykła. Nie kończy się dobrze, ale autor pokazuje czytelnikowi, że dla miłości człowiek jest w stanie dużo poświęcić. Takim człowiekiem był właśnie Stanisław. Niestety, przez fakt, że był on kupcem, spotykało go ciągłe odrzucenie ze strony Izabeli. Kobieta należała do wyższej grupy społecznej i związanie się z mężczyzną z niższej warstwy społecznej było dla niej hańbą. Uważała, że zasługuje na kogoś dużo lepszego. Uważam, że to nieprawda. W książce to właśnie Wokulski jest człowiekiem sukcesu. Wykazuje się pracowitością, zaradnością i dobrym sercem. Pomnożył swój majątek, dbał o innych i nie zapominał o ubogich. Pomagał im finansowo, ale również starał się, by kolokwialnie mówiąc „wyszli na ludzi”. Dla niego Izabela była uosobieniem piękna. Szkoda, że nie potrafiła tego docenić. Patrzyła na Wokulskiego jak na zwykłego kupca. Najważniejszy dla niej był status społeczny, a nie jego dobre cechy. Jak już wspomniałam, książka nie kończy się szczęśliwie dla bohaterów. Może to też dzięki temu „Lalka” zapadła mi w pamięć, ponieważ różni się zakończeniem od innych powieści.

„Lalka” urzekła mnie nie tylko miłością Wokulskiego do Izabeli, ale również samą postawą mężczyzny. Stanisław to wyjątkowa postać. W książce czytelnik ma okazję poznać zarówno romantyczną, jak i realistyczną stronę mężczyzny. Bohater jest osobą, która dąży do wcześniej postawionych celów. Przed wyjazdem na wojnę obiecał samemu sobie, że pomnoży swój majątek, i tak się stało. Podczas wojny w Bułgarii, dzięki ciężkiej pracy, osiągnął postawiony cel. Nie tylko pieniądze były ważne w życiu Wokulskiego. Istotną rolę odgrywała również nauka. Prowadził z Ochockim bardzo ciekawe rozmowy, świadczące o tym, że bardzo interesuje się odkrywaniem nowych rzeczy, poznawaniem wszechświata, robieniem nowych doświadczeń. Nie chciał stać w miejscu. Wokulski podążał za rozwijającą się techniką, inwestował pieniądze i nie zapominał nigdy o pomocy najuboższym.

Dzieło Bolesława Prusa bardzo mi przypadło do gustu również pod względem wartości literackich, stylu, w jakim zostało napisane. Powieść czytało mi się bardzo dobrze, szybko. Wiele następujących po sobie wydarzeń sprawiło, że cały czas coś się tam działo. Nie było monotonii. Bohaterowie „Lalki” wywarli na mnie pozytywne wrażenie, ponieważ każda z postaci zaskakuje czymś innym, jest wyjątkowa i mamy możliwość poznania jej.

„Lalka” jest lekturą, którą mogłabym przeczytać ponownie. Jej ciekawa fabuła sprawia, że czyta się ją bardzo szybko. Jest książką nie tylko dla romantyków, takich jak ja, ale również dla osób, które lubią pozytywizm. Zachęcam do przeczytania „Lalki”.

 

(Malwina Kurpiewska - III b LO)

 

 

Gdybym kiedykolwiek musiała przeczytać drugi raz lekturę, byłaby to „Lalka” Bolesława Prusa.

Czytanie od zawsze było moją pasją i formą spędzania wolnego czasu. Książki pozwalają oderwać się od rzeczywistości i przenieść się w inny świat, a co najważniejsze – uczą wielu wartości. Lektury  nigdy nie były dla mnie męczącym obowiązkiem, ale możliwością zdobycia wiedzy na wiele tematów, takich jak np. wojna, życie w obozach pracy, a nawet apokaliptyczne wizje świata ludzi żyjących w ciężkich czasach. Problemy poruszane w lekturach potrafiły mnie czasami rozśmieszyć, czasami poruszyć. Jednak gdybym kiedykolwiek musiała drugi raz przeczytać lekturę, byłaby to „Lalka”.

Chętnie bym do niej wróciła, ponieważ zaintrygował mnie w niej wątek miłosny. Autor ukazał miłość w sposób pesymistyczny. Nieszczęśliwie zakochany główny bohater Stanisław Wokulski ubiega się o względy arystokratki Izabeli Łęckiej. Prus pokazuje, że miłości nie da się kupić. W utworze występuje wiele prób zdobycia kobiety poprzez pieniądze, lecz nie przynoszą one skutku. Mężczyzna wyjeżdża na wojnę w celu powiększenia majątku, a po powrocie stara się dostać do towarzystwa arystokratów, tworząc spółki i wspólnie prowadząc interesy. Myśli, że zbliży go to do ukochanej, ale ona mimo wielkiego majątku widzi w nim tylko wady, np. czerwone ręce, które odmroził podczas zesłania. Izabela gardziła nim i traktowała go z niechęcią. Jej ideałem był arystokrata, mężczyzna z dobrymi manierami i odpowiednim pochodzeniem.

Bolesław Prus ukazuje w Wokulskim połączenie cech romantyka i pozytywisty. Wybrankę swojego serca kochał jak romantyk, lecz zdobywał jak pozytywista. Moim zdaniem autor w ciekawy sposób przedstawił wątek miłosny. Jest on inny niż w wielu powieściach, które czytałam. Pokazuje, że miłość nie zawsze przynosi szczęście. Potrafi być dla nas ciężarem i sprawić, że niepotrzebnie zmieniamy cały swój świat, otoczenie dla drugiej osoby. W głównym bohaterze podoba mi się fakt, że sam nie wie, czy jest romantykiem, czy pozytywistą. Jest rozdarty pomiędzy tymi sprzecznymi postawami. We współczesnym świecie również występuje zjawisko tego typu. Zauważyłam to dzięki tej lekturze, co sprawia, że mam do niej sentyment.

Kolejnym argumentem przemawiającym za ponownym przeczytaniem tej powieści jest postać starego subiekta Ignacego Rzeckiego. Jest on jedną z barwniejszych postaci. Szczególnie spodobały mi się jego przemyślenia na temat ludzkiego losu. Bohater ten często zamykał się w sklepie, snuł refleksje  i w samotności nakręcał mechaniczne zabawki. Twierdził, że ludzie są jak marionetki, które ktoś pociąga za sznurki, a także jak nakręcone zabawki, które działają tylko przez jakiś czas. Podobnie jest z ludźmi, nagle wszystko ustaje i człowiek umiera. Rzecki również był wielkim fanem Napoleona. Widział w nim bohatera i wzór do naśladowania. Jego ojciec od zawsze uczył go, kim jest Napoleon, w jaki sposób prowadził działania wojenne i na całe życie wpoił mu miłość do niego.Postać ta sprawiła, że książka stała się zróżnicowana. Bardzo chętnie czytałam fragmenty związane ze starym subiektem. Pozwalały one odbiec na chwilę od wątków miłosnych, finansowych i poddać się refleksji nad ludzkim losem, co jest dla mnie bardzo ważne, gdy czytam książkę.

Ta lektura, mimo tego, że ma wiele stron, nie zabrała mi dużo czasu. Napisana jest językiem zrozumiałym i, jak dla mnie, przyjemnym. Bardzo zróżnicowany jest język, którym mówią bohaterowie – arystokraci, subiekci, kupcy, biedacy. Autor dokładnie opisał miejsca wydarzeń i wygląd postaci, dzięki czemu mogłam wyobrazić sobie wszystkie sytuacje bardzo dokładnie. Pobudziło to moją wyobraźnię i pozwoliło przenieść się do świata z tamtych czasów.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że bez wątpliwości wybrałabym tę powieść jako lekturę godną przeczytania po raz kolejny. Czytałam ją z wielką przyjemnością i radością. Jestem przekonana, że niejeden raz do niej wrócę oraz, że spodoba się innym. Uważam, że każdy powinien ją przeczytać, ponieważ uczy, że pieniądze szczęścia nie dają, a miłość nie zawsze jest łatwa i szczęśliwa.              

 (Paulina Przychodzeń - III b LO)

 

 

Gdybym kiedykolwiek musiał przeczytać drugi raz lekturę, byłyby to „Opowieści z Narni” C. S. Lewisa.

W swoim życiu przeczytałem wiele książek. Oczywiście, zdecydowana większość z nich była wybrana przeze mnie. Dzięki nim poznałem, jaką wartość za sobą niosą, jak uczą nie tylko poprawności językowej, ortografii i poprawnego wypowiadania się, ale również korzystania z niezwykłych możliwości wyobraźni. Książki przede wszystkim rozwijają umysł, kreatywne myślenie, ale też zwyczajnie uspokajają, przenosząc czytelnika w zupełnie inny świat. Wszystko jednak zaczyna się najczęściej od lektur. W moim przypadku  „Opowieści z Narni” były początkiem mojej przygody z książkami i gdybym musiał kiedykolwiek przeczytać jakąś lekturę drugi raz, byłaby to ta.

„Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i stara szafa”, bo taki pełny tytuł ma ta książka, to powieść fantasy autorstwa C. S. Lewisa, opowiadająca o losach czworga zwyczajnego rodzeństwa: Piotra, Edmunda, Zuzanny i Łucji, które przez przypadek, podczas zabawy, trafia do nieznanej krainy. Rządzi się ona swoimi prawami, a jej niezwykłość przejawia się w tym, że zwierzęta mówią ludzkim głosem. Dzieci szybko dowiadują się o swoim przeznaczeniu, jakim jest władanie Narnią. Bardzo szybko zasymilowali się z mieszkańcami Narni, włączając się w wojnę o wolność tej krainy. Wszyscy złączyli swe siły w walce przeciwko rządom złej Królowej Śniegu. Walczyli w imię lwa Aslana, czyli formalnego króla Narni. Ostatecznie zwyciężyli, zaprowadzając pokój w krainie. Do pewnego czasu, niestety, gdyż „Opowieści z Narni” to seria składająca się z siedmiu tomów. W każdym z nich opisane są kolejne przygody czworga rodzeństwa, które przenosi się w czasie, przeżywając niezwykłe chwile w tej przepięknej krainie.

W moim odczuciu jest to wyjątkowa książka, idealna dla początkującego czytelnika chcącego zagłębić się w klimaty fantasy. Tak było też i ze mną. Po „Lwie, Czarownicy i starej szafie” przyszedł czas na kolejne części, które mają następujące tytuły: „Książę Kaspian”, „Podróż <Wędrowca do świtu>”, „Srebrne krzesło”, „Koń i jego chłopiec”, „Siostrzeniec Czarodzieja”, „Ostatnia bitwa”. Po tych opowieściach zacząłem sięgać po inne tytuły, również fantasy, takie jak: „Eragon”, „Wiedźmin”, „Hobbit”, „Władca Pierścieni” i inne.

Biorąc pod uwagę lekkość i prostotę przekazu, nadającą się dla każdego, nie tylko dla dzieci, pierwsza część „Opowieści z Narni” jest książką, która powinien przeczytać każdy, kto interesuje się fantastyką. Ja natomiast wiem, że po części z sentymentu, po części z odświeżenia lektury z dzieciństwa, na pewno przeczytałbym ją ponownie. Jej walory poznawcze, rozwijające wyobraźnię, kreatywne myślenie połączone z abstrakcją, jaką są choćby mówiące zwierzęta, są nie do przecenienia. Łagodnie wprowadzają w świat, klimat fantasy, wyzwalając u czytelnika chęć zagłębienia się w podobne książki. Nieważne, jakie człowiek czyta. Ważne, że czyta. Fantasy ma w sobie to „coś”, co niezaprzeczalnie przyciąga czytelników. Ma wiele zalet, między innymi łatwość czytania czy możliwość wyzwalania wyobraźni, jeszcze większe niż w innych książkach.

Podsumowując, tak jak wspomniałem, „Opowieści z Narni” to lektura warta przeczytania niezależnie od wieku. Jest wyjątkiem od powszechnego stereotypu nudnej lektury szkolnej, która jest tylko żmudnym obowiązkiem. Z tych wszystkich wymienionych powodów jest to książka, którą z pewnością przeczytałbym po raz drugi.

 

(Tomasz Golec - IV TI)

       

 

Gdybym kiedykolwiek musiał przeczytać drugi raz lekturę, byłby to „Inny Świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Książki od zarania dziejów są wśród ludzi, ten środek przekazu jest do tej pory uważany z jeden z najciekawszych i najbardziej budujących. Pozwalają poszerzyć swój światopogląd, słownictwo, wiedzę o historii, doskonalą umiejętność pisania i wysławiania się. Oprócz tych funkcji dzięki książkom możemy odkryć nieznane nam dotąd światy i marzyć o nieznanym i nieosiągalnym. Gdybym kiedykolwiek musiał przeczytać drugi raz lekturę, byłby to „Inny Świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Powieść jest zbiorem wspomnień pisarza, który przebywał w gułagu w Jercewie. Pod koniec lata 1940 roku został oskarżony o bycie niemieckim szpiegiem i skazany na cztery lata więzienia. Potem przewieziono go do Leningradu, gdzie czekał na transport do obozu. W drodze poznał urków, czyli więźniów-kryminalistów, którzy rządzili w obozie. Kiedy dotarł na miejsce, przekonał się, jak okrutne są sowieckie łagry. Dowiedział się o nocnych łowach, podczas których urkowie polowali na kobiety i zabijali innych więźniów.

Autor poznał tam wielu niezwykłych ludzi. Jednym z nich był zabójca Stalina, czyli człowiek, który został zesłany do łagru za strzelanie do portretu przywódcy ZSRR, będąc pod wpływem alkoholu. W obozie przebywali niewinni ludzie, którzy w wyniku tortur zaczynali wierzyć w stawiane im zarzuty.

Niezwykłym miejscem w obozie był stojący tuż obok wartowni Dom Swidanij, czyli miejsce widzeń, w którym więźniowie mogli raz do roku widywać się z bliskimi. Byli w tym celu specjalnie myci, strzyżeni i przebierani w czyste ubrania. Nie mogli bliskim opowiedzieć o swoim nieszczęściu. Te  spotkania z bliskimi więźniowie bardzo przeżywali.

Poza widzeniami był też „wychodnoj dzień”, czyli dzień wolny od pracy, który zdarzał się bardzo rzadko i pozwalał odpocząć od codzienności w gułagu. Przebywając tam, pisarz poznał okrutne zasady rządzące obozem, np. kiedy młody człowiek obcował ze starszą pielęgniarką, mając na widoku ewentualne korzyści, nikt nie obwiniał go za to, że chciał poprawić swoją sytuację. Natomiast kobietę, która oddawała się mężczyznom z głodu, natychmiast przestawano darzyć szacunkiem i nazywano prostytutką. Często w nocy autor słyszał krzyki ludzi, którzy nie mogli poradzić sobie ze strachem i bólem. W pewnym momencie pisarz postanowił zrobić coś, co pozwoli mu wydostać się z obozu. W  akcie protestu postanowił podjąć głodówkę.

Moją ulubioną częścią „Innego Świata” jest rozdział „Męka za wiarę”, opisujący  przeżycia autora, który powoli tracił wiarę w to, że kiedykolwiek wyjdzie z obozu. Postanowił, że rozpocznie głodówkę i zachęcał do niej innych Polaków. Pomysł brzmiał abstrakcyjnie, po co urządzać głodówkę w miejscu, gdzie codziennie ktoś umiera z głodu. Protestujący więźniowie nie poszli do pracy, zostali zamknięci w izolatce. Codziennie dostawali jedzenie, jednak mimo to pozostawali nieugięci. Po kilku dniach w stanie skrajnego wyczerpania trafili do szpitala. Po odzyskaniu siły pisarz był z siebie dumny. Jego protest odniósł skutek – ostatecznie, także na skutek korzystnych dla Polaków zmian w polityce, wyszedł z obozu na wolność.

Książka ta bardzo mnie zainteresowała, historia II wojny światowej jest niezwykle ciekawa. Powieść pokazuje prawdziwe oblicze gułagu, w którym wielu ludzi umierało z wycieńczenia. Postawa Polaków była piękna. Ich historie pokazują mi wartość naszego kraju i niezwykłość naszej historii. Powyższy fragment idealnie pokazuje spryt i pomysłowość ludzi, którzy musieli się wykazać wyjątkową odwagą, by przeżyć. W czasie II wojny światowej Polacy byli masowo zsyłani do łagrów, by nigdy już stamtąd nie wrócić. Ci, którym się udało, zostawali bohaterami i wzorami dla udręczonych.

Uważam, że lektura ta warta jest ponownego przeczytania, pozwala nam zrozumieć, co czuli ludzie przebywający w obozach. Pokazuje smutną codzienność życia w gułagu, gdzie ludzie przebywali z obawą, że obecny dzień jest ich ostatnim. Taka lektura pokazuje nam to, co powinniśmy wiedzieć o naszej historii.

 

(Kamil Pankiewicz – IV TI)

 

 

Gdybym kiedykolwiek musiała przeczytać drugi raz lekturę, byłby to „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza.

Czytanie w życiu każdego człowieka odgrywa bardzo ważną rolę. Rozwija wyobraźnię, uczy kreatywnego myślenia. Osobiście uważam, że to bardzo istotne, aby każdego dnia usiąść choć na chwilę do lektury. Istnieje spora ilość książek, które już przeczytałam i które dopiero planuję przestudiować. Wśród tych przeczytanych jedna szczególnie zapadła mi w pamięć. Dzieło, które chciałabym przeczytać jeszcze raz to „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. Poniżej postaram się przytoczyć argumenty, które potwierdzą moją tezę.

W dziele tym możemy przede wszystkim zaobserwować przemianę głównego bohatera, która pokazuje, że każdy z nas ma szansę na naprawę swych błędów. Jacek Soplica w przeszłości był mężczyzną bardzo wybuchowym, awanturował się. Często mówiono o nim „paliwoda”. Był to człowiek, który lubił dobrze się bawić. Bez pamięci zakochany był w Ewie, której ręki nie oddał mu jej ojciec - Stolnik Horeszko. Jacek Soplica popełnił straszny błąd i zdawał sobie z tego sprawę. Zabił Stolnika z broni Moskala. Bardzo żałował swego czynu i szybko opuścił kraj. Postanowił odkupić swoje winy i dawał z siebie wszystko. Walczył u boku Napoleona, narażał swe życie, brał udział w wielu bitwach, był emisariuszem. Wstąpił do zakonu i przyjął imię Robak, co oznaczać miało, że odtąd będzie wiódł życie bardzo skromne i pełne poświęceń. W końcu, gdy wrócił do Soplicowa, uratował życie Hrabiemu i Gerwazemu. Wcześniej jeszcze próbował zorganizować powstanie. Na łożu śmierci wyznał całą prawdę i uzyskał przebaczenie, którego tak bardzo pragnął.

Książka ta ukazuje bardzo powikłane losy tego bohatera literackiego. Chociaż w młodości popełnił bardzo wiele błędów, później był już tylko dobrym człowiekiem. Poprzez jego losy autor pokazał nam, że każdy z nas ma zawsze szansę na zmianę w swoim życiu, nigdy nie jest za późno, nigdy nie możemy się poddawać.

„Pan Tadeusz” jest naszą epopeją narodową. Uważam, że każdy Polak, który czuje się związany sercem ze swoją ojczyzną, powinien sięgnąć po to dzieło. Książka ta została napisana w bardzo ciężkim dla Polaków okresie. Polski nie było na mapie świata, jedynym miejscem, w którym mogła istnieć, była wyobraźnia naszych rodaków. Obraz ojczyzny przechowywali na kartach książek, nosili w sercu, wywoływali mocą swej wyobraźni. Tak też było w przypadku naszej epopei narodowej.

Akcja, która została doskonale zaprezentowana przez pisarza, pomaga nam zrozumieć czasy, w jakich żyli wówczas ludzie. Książka ta jest przyjemna i czyta się ją lekko, ponieważ połączenie historii z poezją zostało ukazane często w żartobliwy sposób. Utwór wprowadza nas w atmosferę pozytywnego patrzenia do przodu, zostawia nadzieję.

Podsumowując, uważam, że warto przeczytać „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza. Lektura ta jest cudowna, porusza i wciąga czytelnika. Opisuje niezwykłe losy bardzo wielu bohaterów, pokazuje polską historię, staropolskie zwyczaje. Wywołuje w naszej wyobraźni świat, którego już dawno nie ma. Chętnie przeczytam tę książkę  jeszcze raz i polecam to dzieło każdemu czytelnikowi, niezależnie od wieku.

 

(Oliwia Ciereszko – III a LO)

 

 

 

 

Wykaz lektur, które opisywali uczniowie

z klasy III b LO

 

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

Bolesław Prus – „Lalka”

Stanisław Wyspiański – „Wesele”

Karol Dickens – „Opowieśc wigilijna”

Bolesław Prus – „Lalka”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

William Szekspir – „Romeo i Julia”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

Bolesław Prus – „Lalka”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

William Szekspir – „Romeo i Julia”

Bolesław Prus – “Kamilelka”

Henryk Sienkiewicz – “W pustyni I w puszczy”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Sofokles – „Antygona”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

William Szekspir – „Romeo i Julia”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Ernest Hemingway – “Stary człowiek I morze”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Henryk Sienkiewicz – „Krzyżacy”

Henryk Sienkiewicz – “W pustyni I w puszczy”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

 

 

Wykaz lektur, które opisywali uczniowie

z klasy IV TŻ/TEL

 

Joseph Conrad – „Jądro ciemności”

Bolesław Prus – „Lalka”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Bolesław Prus – „Lalka”

Władysław St. Reymont – „Chłopi”

Bolesław Prus – „Lalka”

Henryk Sienkiewicz – “W pustyni I w puszczy”

Joseph Conrad – „Jądro ciemności”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Stefan  Żeromski – „Przedwiośnie”

Bolesław Prus – „Lalka”

Karol Dickens – „Opowieśc wigilijna”

Bolesław Prus – „Lalka”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Bolesław Prus – „Lalka”

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

Bolesław Prus – „Lalka”

Fiodor Dostojewski – „Zbrodnia i kara”

Aleksander Fredro – „Zemsta”

Bolesław Prus – „Lalka”

Fiodor Dostojewski – „Zbrodnia i kara”

Henryk Sienkiewicz – “W pustyni I w puszczy”

Władysław St. Reymont – „Chłopi”

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

 

 

Wykaz lektur, które opisywali uczniowie

z klasy IV TI

 

 

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

Bolesław Prus – „Lalka”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Ferenc Molnar – „Chłopcy z Placu Broni”

Henryk Sienkiewicz – „Krzyżacy”

  1. S. Lewis – „Opowieści z Narni”

Witold Gombrowicz – „Ferdydurke”

  1. S. Lewis – „Opowieści z Narni”

Gustaw Herling-Grudziński – „Inny Świat”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

  1. S. Lewis – „Opowieści z Narni”

Gustaw Herling-Grudziński – „Inny Świat”

Henryk Sienkiewicz – “W pustyni I w puszczy”

  1. S. Lewis – „Opowieści z Narni”

Gustaw Herling-Grudziński – „Inny Świat”

Fiodor Dostojewski – „Zbrodnia i kara”

  1. S. Lewis – „Opowieści z Narni”

 

 

Wykaz lektur, które opisywali uczniowie

z klasy III a LO

 

 

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

Aleksander Kamiński – „Kamienie na szaniec”

Bolesław Prus – „Lalka”

Tadeusz Borowski – „Wybór opowiadań”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

Aleksander Fredro – „Zemsta”

Fiodor Dostojewski – „Zbrodnia i kara”

Bolesław Prus – „Kamizelka”

Adam Mickiewicz – „Dziady” cz. III

K. Rowling – „Harry Potter”

HarlanCoben – “Nie mów nikomu”

Henryk Sienkiewicz – „Latarnik”

Władysław St. Reymont – „Chłopi”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

Bolesław Prus – „Lalka”

Gustaw Herling-Grudziński – „Inny Świat”

Adam Mickiewicz – „Pan Tadeusz”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

Bolesław Prus – „Lalka”

Antoine de Saint-Exupery – “Mały Książę”

Zofia Nałkowska – „Medaliony”

 

 

Witold Gombrowicz – „Ferdydurke”

 

Gdybym kiedykolwiek musiała jeszcze raz przeczytać lekturę, byłaby to „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza.

Wokół tej książki narosło wiele nieporozumień, niejasności. Uczniowie najczęściej nie rozumieją tej powieści i podchodzą do niej z ogromną nieufnością. Już sam tytuł… „Ferdydurke”… Co to jest?... Słowa klucze: pupa, gęba, łydka, kupa?...?...?... Jakiś kompot, zdrabnianie, miętoszenie, gwałcenie, hulajnoga, hulajgęba… Chyba wystarczy, żeby nigdy nie sięgnąć po tę lekturę…

Uwielbiam „Ferdydurke”. Uważam, że powieść ta, podobnie jak inne wielkie arcydzieła: „Lalka”, „Zbrodnia i kara”, „Inny Świat”, dotyka istoty człowieczeństwa, mówi o najbardziej ważnych, nieprzemijających relacjach łączących ludzi. Trudność w jej zrozumieniu przez uczniów wynika być może z tego, że mają zbyt mały bagaż doświadczeń, by zrozumieć mękę braku autentyczności w kontaktach międzyludzkich, by wiedzieć, czym jest POTĘGA FORMY!, przyprawianie GĘBY! Gdybym kiedykolwiek musiała wytłumaczyć przyszłemu czytelnikowi „Ferdydurke” na czym polega wielkość Gombrowiczowskiego przesłania, zaczęłabym  od takiej scenki. Poprosiłabym dwie osoby o wylosowanie dwóch masek, nałożenie ich na twarz i rozpoczęcie rozmowy… Osoby te nie prowadziłyby jej w konwencji „JA – jako JA!”, tylko „JA – jako człowiek, którego maskę noszę na twarzy! Na tym polega POTĘGA FORMY!, PRZYPRAWIANIE GĘBY! – genialne odkrycie Gombrowicza, pokazanie ludzkiej tragedii – nieumiejętności, niemożności bycia SOBĄ!

Życie to ciągłe udawanie kogoś, kim nie jestem,  „upychanie” w formę, która mi nie pasuje. Tragizm człowieczeństwa polega na tym, że tak naprawdę nie wiemy, kim jesteśmy. Okoliczności życia nieustannie każą nam być KIMŚ!, ale kim? Ciągle musimy grać kogoś, kto spełniłby oczekiwania ludzi, którzy nas otaczają. Każdy wymaga od nas bycia kimś innym. Kiedy już wydaje nam się, że z wielkim trudem obroniliśmy swoje JA, zrozumieliśmy, kim jesteśmy i odważnie zaprezentujemy to światu, to nagle i niespodziewanie okazuje się, że inni ludzie widzą nas w zupełnie odmienny sposób. Z naszych wyobrażeń o sobie nic nie zostało!… Uciekamy w kolejną FORMĘ… Historia się powtarza…

Gombrowicz przedstawił to nasze zmaganie się z FORMĄ w niezwykle odkrywczy sposób. Myślę, że powinien zrozumieć to każdy człowiek, którego kiedykolwiek „wciśnięto” w „foremkę”, która go uwiera jak przyciasne ubrano,  bardzo uwiera…  Możemy uciekać, ale to nic nie da. Możemy istnieć tylko wśród ludzi. Gombrowicz napisał: „Przekleństwem ludzkości jest, iż egzystencja nasza na tym świecie nie znosi żadnej określonej i stałej hierarchii, lecz że wszystko ciągle płynie, przelewa się, rusza i każdy musi być odczuty i oceniony przez każdego, a pojęcie o nas ciemnych, ograniczonych i tępych jest nie mniej doniosłe niż pojecie bystrych, światłych i subtelnych. Gdyż człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna”. Szczególnie tragiczne są ostatnie słowa tego cytatu. Gombrowicz nie daje nam żadnej nadziei. Na nic nasze starania, skoro i tak prędzej czy później „oceni” nas „dusza kretyniczna”! Gombrowicz: „ […] każdy określa cię w drugim człowieku i stwarza cię w jego duszy. Jak gdybyś się rodził w tysiącu przyciasnych dusz!” Tworzenie kolejnych ludzkich FORM jest jak perpetum mobile, nigdy się nie kończy… Gombrowicz: „Zaprawdę, w  świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą, a już moją osobistą klęską było, że z jakąś niezdrową rozkoszą uzależniałem się najchętniej od niedorostków, wyrostków, podlotków oraz ciotek kulturalnych. A, ciągle, ciągle mieć na karku ciotkę – być naiwnym dlatego, iż ktoś naiwny sądzi, że jesteś naiwny – być głupim dlatego, że głupi ma cię za głupiego, być zielonym dlatego, że ktoś niedojrzały zanurza cię i kąpie we własnej zieleni…”

Gombrowicz opisał w „Ferdydurke” mechanizmy tworzenia FORMY. Twierdził, że rzeczywistość jest zawsze bogatsza od naiwnych iluzji i kłamliwych fikcji dlatego właśnie, że istnieje naprawdę, jest autentyczna! Tym większy jest w tej sytuacji nasz ból, skoro nie możemy istnieć w danej nam rzeczywistości w sposób naturalny, bez udawania… Gombrowicz: „Lecz w Rzeczywistości sprawa przedstawia się, jak następuje: że istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że forma owa, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz – i oto dlaczego ten sam człowiek może objawiać się na zewnątrz mądrze albo głupio, krwawo lub anielsko, dojrzale albo niedojrzale, zależnie od tego, jaki styl mu się napatoczy i jak uzależniony jest od innych ludzi. […] O, potęga Formy! Przez nią umierają narody. Ona wywołuje wojny. Ona sprawia, że powstaje w nas coś, co nie jest z nas. Lekceważąc ją, nie zdołacie nigdy pojąć głupoty, zła, zbrodni. Ona rządzi naszymi najdrobniejszymi odruchami. Ona jest u podstawy życia zbiorowego…”

Pragnieniem każdego człowieka jest być kimś autentycznym, prawdziwym, nieudawanym… Wydaje mi się, że jest to tak elementarna ludzka potrzeba, że nie ma tutaj chyba wyjątków. Życie w ciągłym fałszu rujnuje ludzi jak kłamstwo duszę. O tym ludzkim dążeniu do wyrażenia własnego autentyzmu pisał Gombrowicz: „Ach, stworzyć formę własną! Przerzucić się na zewnątrz! Wyrazić się! Niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi!...” Pisarz bardzo trafnie, moim zdaniem, zauważył, że relacje międzyludzkie, oprócz tego, że są nieautentyczne, naznaczone są także piętnem „pomniejszania”, upupiania jak w szkole... Niewiele jest osób, w których towarzystwie dobrze się czujemy, tęsknimy, kiedy ich nie ma… Może właśnie dlatego, że nigdy nie „pomniejszają nas”, kiedy z nimi rozmawiamy, jesteśmy w „naturalnej” postaci… Gombrowicz: „Czy znana jest wam sensacja, gdy malejecie w kimś? Ach, maleć w ciotce to coś przedziwnie nieprzyzwoitego, lecz maleć w wielkim belfrze zdawkowym jest szczytem nieprzyzwoitej małości. I zauważyłem, że belfer jak krowa pasie się moją zielonością. Przedziwne uczucie – gdy zieloność twoją belfer skubie na łące, a jednak w mieszkaniu, siedząc na krześle i czytając – jednak skubie i pasie się…”

„Ferdydurke”, oprócz tego, że w niezwykły sposób wyjaśnia relacje łączące ludzi, jest także powieścią o szkole… mechanizmach „spajających” tę przedziwną instytucję w jedną funkcjonalną całość… Uwielbiam początkowe sceny powieści, które dzieją się w szkole. Józio ma „trzydziestka” na karku, jest autorem, pragnie wyrazić w swoim dziele siebie, chce stworzyć formę własną … „[…] gdy nagle dzwonek się rozlega, służąca otwiera, we drzwiach ukazuje się T. Pimko, doktor i profesor, a właściwie nauczyciel, kulturalny filolog z Krakowa, drobny, mały, chuderlawy, łysy i w binoklach, w spodniach sztuczkowych, w żakiecie, z paznokciami wydatnymi i żółtymi, w bucikach giemzowych, żółtych… […] – Na Boga, tylko nie belfer! Nie belfrem! Kanciasty, sztywny belfer mnie zabijał…”

Józio trafia do szkoły dyr. Piórkowskiego. Następuje uwięzienie i dalsze zdrabnianie. Nasz bohater rozpaczliwie próbuje jeszcze uciec. Może pomoże policja? Niestety, idiotyczna, infantylna pupa paraliżuje Józia, odbiera wszelką możliwość oporu… Gombrowicz: „Banalnie zbelfrzony drobię u boku belfra olbrzymiego…” W szkole dyr. Piórkowskiego uczniowie chodzą na przerwach grzecznie w kółko, za płotem podglądają ich matki.Gombrowicz: „Nie ma nic lepszego od matki za płotem na chłopca w wieku szkolnym. Nikt nie wydobędzie z nich bardziej świeżej i dziecięcej pupy niż matka dobrze ulokowana za płotem”. Ogromnym problemem jest podział na tych „niewinnych” i „uświadomionych” (którzy już! chodzą na kobiety!). Józio trafia w samo oko cyklonu, pojedynku, który rozgrywa się między jednymi a drugimi. Zostaje superarbitrem, musi zająć stanowisko… Po jednej stronie staje Syfon Pylaszczkiewicz (wspierają go arbitrzy – Pyzo i Guzek), a po drugiej Miętus Miętalski (wspierany przez Hopka i Myzdrala), a między nimi nieszczęsny Józio – superarbiter! Uczniowie jak tylko mogą  bronią się przed „upupieniem”. W pewnym momencie tego pojedynku na miny, polegającym na przyprawieniu gęby przeciwnikowi, Józio wykrzykuje bardzo znaczące słowa, będące obroną ludzkiej autentyczności, której obrazem jest twarz. Gombrowicz: „Miejcie litość nad swymi twarzami, miejcie litość nad moją przynajmniej, twarz nie jest przedmiotem, twarz podmiotem jest, podmiotem, podmiotem!”.

W szkole Józio spotyka ciało pedagogiczne. Gombrowicz: „[…] wiadomo wszak, że nic tak nie wpływa na ducha jak ciało. […] w dużym pokoju za stołem siedzieli nauczyciele i popijali herbatę, zagryzając bułką. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć razem tylu i tak beznadziejnych staruszków… […] – Tak, panie profesorze – rzekł dyrektor z dumą – ciało jest starannie dobrane i wyjątkowo przykre i drażniące, nie ma tu ani jednego przyjemnego ciała, same ciała pedagogiczne, jak pan widzi – a jeżeli konieczność zmusza mnie czasem do zaangażowania jakiegoś młodszego nauczyciela, zawsze dbam o to, aby był obdarzony przynajmniej jedną odstręczającą właściwością. […] To najtęższe głowy w stolicy, żaden z nich nie ma jednej własnej myśli; jeśliby zaś i urodziła się w którym myśl własna, już ja przegonię albo myśl, albo właściciela. To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna. – pupa, pupa – rzekł Pimko – widzę, że oddaję Józia w dobre ręce. Bo nie ma nic gorszego od nauczycieli osobiście sympatycznych, zwłaszcza, jeśli przypadkiem mają osobiste zdanie. Tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła zaszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia, które cechować winny młodzież, by stanowiła obiekt dla nas, rzetelnych pedagogów z powołania. Tylko za pomocą odpowiednio dobranego personelu zdołamy wtrącić w zdziecinnienie cały świat…”.

Zaczyna się lekcja… nauczyciel w desperacki sposób próbuje wytłumaczyć, na czym polega wielkość Juliusza Słowackiego. Gombrowicz: „A zatem dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlaczego płaczemy z poetą, czytając ten cudny harfowy poemat „W Szwajcarii?” Dlaczego, gdy słuchamy heroicznych, spiżowych strof „Króla Ducha”, wzbiera w nas poryw? I dlaczego nie możemy oderwać się od cudów i czarów „Balladyny”, a kiedy znowu skargi „Lilli Wenedy” zadźwięczą, serce rozdziera się nam na kawały? I gotowiśmy lecieć, pędzić na ratunek nieszczęsnemu królowi? Hm… dlaczego? Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był! Wałkiewicz! Dlaczego? Niech Wałkiewicz powtórzy – dlaczego? Dlaczego zachwyt, miłość, płaczemy, poryw, serce i lecieć, pędzić? Dlaczego, Wałkiewicz? – „Dlatego, że wielkim poeta był! – powiedział Wałkiewicz!”. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie ujawniła się nagle „zmora” każdego nauczyciela języka polskiego– uczeń, którego w żaden sposób literatura nie zachwycała, nie zachwyca, nie zachwyci i w ogóle nie… nie… nie… Gombrowicz: „W tym miejscu wykładu jeden z uczniów zakręcił się nerwowo i zajęczał: - Ale kiedy ja się wcale nie zachwycam! Wcale się nie zachwycam! Nie zajmuje mnie! Nie mogę wyczytać więcej jak dwie strofy, a i to mnie nie zajmuje. Boże, ratuj, jak to mnie zachwyca, kiedy mnie nie zachwyca? […] Nauczyciel – Jak to nie zachwyca Gałkiewicza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem Gałkiewiczowi, że go zachwyca. Gałkiewicz – A mnie nie zachwyca. […] Nikogo nie przewierca. […] O Boże! Nie mogę…”

Po tej lekcji i stoczonym przez Syfona i Miętusa pojedynku Józio zrozumiał, że musi uciekać. Niestety, nie zdołał wyzwolić się z formy. Tym razem zaczął być na siłę „wciskany” w zasady obowiązujące na stancji u państwa Młodziaków – niezwykle nowoczesnego małżeństwa, posiadającego wyemancypowaną córkę Zutę. Profesor Pimko jest zachwycony swoim pomysłem i przekonany, że Józio nie oprze się urokowi mieszkającej tam pensjonarki… Gombrowicz: „Co? Co? Pensjonarka? W lot pojąłem plan Pimki – pensjonarką chciał mnie ostatecznie uwięzić w młodości. Liczył na to, że gdy zakocham się w młodej pensjonarce, odechce mi się być dorosłym. W domu, jak w szkole, ani momentu luzu, abym przypadkiem nie drapnął przez szparę…” Józio jest przerażony wpływem, jaki ma na niego nowoczesna pensjonarka. W desperacki sposób próbuje się wyrwać z kolejnych, nałożonych na niego sideł zmierzających do zrobienia mu kolejnej gęby! Gombrowicz: „Gębę mi robiła! I z dniem każdym straszliwszą robiła mi gębę. Przebóg – jakże mię dręczyła w swojej krasie! Ach, nie znam nic okrutniejszego niż człowiek, który drugiemu człowiekowi gębę robi. Wszystko mu jest dobre, byle w śmieszność, w groteskę, w maskaradę, wepchnąć, albowiem brzydota tamtego – jego piękność syci, o, wierzcie, robienie pupy niczym jest w porównaniu do robienia gęby. […] czy można wydobyć się o własnych siłach z kogoś, nie mając nic poza nim, żadnego oparcia, żadnego kontaktu z niczym, jak tylko przez niego, gdy styl jego dominuje cię całkowicie? Nie, o własnych siłach to wyłączone, wykluczone. Chyba, że ktoś trzeci dopomoże ci z boku, poda choć koniuszek palca…”

 Okazało się niespodziewanie, że nowoczesna pensjonarka jest zagrożeniem nie tylko dla Józia. Nasz bohater zaczyna gubić się w planach Pimki. Domyśla się, że profesor Pimko, który nade wszystko ceni własną wyższość, zaczyna grać upokarzającą rolę staromodnego poczciwiny, który jest zgorszony nowoczesnym pokoleniem panien. Gombrowicz: „Nogi – podniecał do nowoczesności – nogi, znam was, znam wasze sporty, obyczaj nowego zamerykanizowanego pokolenia, wolicie nogi niż ręce, dla was nogi najważniejsze, łydki, kultura ducha dla was niczym, tylko łydki. Sporty! Łydki, łydki…” Niezwykle zabawne i groteskowe są dialogi prowadzone przez Młodziaków i Pimkę. Młodziakowie grają rolę pozbawionych wszelkich ograniczeń i konwenansów ludzi, a Pimko niestety musi grać rolę starego, wiecznie zgorszonego  bakałarza… Gombrowicz: „ – Epoka, profesorze, epoka! Nie zna pan spółczesnego pokolenia. Głębokie przemiany. Wielka rewolucja obyczajowa, ten wiatr, który burzy, podziemne wstrząsy, a my na nich. Epoka! Wszystko trzeba przebudować od nowa! Zburzyć w ojczyźnie wszystkie miejsca stare, pozostawić tylko miejsca młode, zburzyć Kraków! – Kraków! – wykrzyknął Pimko…”

Niezwykle drażliwym problemem, który zupełnie przypadkowo ujawnił Pimko, jest nieznajomość przez Zutę Norwida. Fakt, że dziewczyna nigdy nie słyszała o Norwidzie, wstrząsnął profesorem. Podczas gdy Józio zmagał się z przyprawianiem przez nowoczesną pensjonarkę gęby zakochanego, profesor Pimko zaczynał coraz głębiej wpadać w pensjonarskie sidła. Józio odkrył niezwykle lakoniczny, „suchy” list profesora, w którym informował pensjonarkę, że nie może tolerować tak dużych luk w nieznajomości literatury i natychmiast wzywa ją „legalnie, formalnie, oficjalnie i kulturalnie jako profesor”. Gombrowicz: „Formalnie profesorem przyniewalał. Musisz, musisz mnie zadowolić pod względem Norwida…” Józine zmagania z gębą i intensywne wysiłki zmierzające do tego, by nie pozwolić się zniewolić, tak wyczerpały naszego bohatera, że zaniepokoiło to nawet jego kolegę Miętusa. Gombrowicz: „ – Na miłość boską, gdzieś się tak urządził? Rzeczywiście, gęba moja po dynamizacji i mobilizacji stała się tak mętna, że sam nie wiedziałem dobrze, na czym siedzę, ale mniejsza o to; wszystko jedno, noc, noc była najważniejsza, z drżeniem oczekiwałem nocy, noc rozstrzygnie, noc zadecyduje. W nocy nastąpi może przesilenie. Czy aby Pimko się skusi? Wytrawny, dwururowy belfer dubeltowy czy da się wytrącić z formy dziewczęcym listem zmysłowym?...”

Okazuje się, że w domu Młodziaków Józio jest mistrzem rozbijania form. Mocą swojej inteligencji sprawił, że nagle w „skostniałym w nowoczesności” domu zaczynają „pękać” zastygłe formy. Jego mieszkańcy tylko pozornie są nowocześni. Wystarczy wytrącić ich umiejętnie z wytyczonych torów, a nagle nie wiedzą, kim są i jak mają się zachować. Jednocześnie śmieszne i przerażające są te momenty, kiedy Józio wytrąca z równowagi Młodziaków (kompot, mamusia…). FORMA daje im bezpieczeństwo, ochronę, z nią czują się pewnie, bez niej są potwornie zagubieni. Widać to szczególnie w sytuacji, kiedy nagle okazuje się, że w tym samym czasie, w nocy do pokoju ich córki zakradło się dwóch panów, jeden młody, drugi stary… Młodego forma nowoczesności jeszcze może zaakceptować, ale starego i jeszcze na dodatek profesora?... Gombrowicz: „ – Co to? – szepnęła Młodziakowa, blednąc. Za sukniami rozległ się lekki kaszelek i konwencjonalny śmieszek, którymi Pimko przygotowywał sobie grunt do wystąpienia. Wiedząc, że za chwilę musi okazać się śmieszny, poprzedzał śmieszność swoją własnym śmieszkiem. Śmieszek ten zza damskich sukien był czymś tak kabaretowym, że Młodziak zachichotał raz jeden i utknął… Pimko wyszedł z szafy i ukłonił się, śmieszny z zewnątrz, wewnątrz nieszczęśliwy… od wewnątrz czułem mściwy, wściekły sadyzm, lecz od zewnątrz parsknąłem śmiechem. W śmiechu moim rozpłynęła się zemsta moja. Ale Młodziakowie zbaranieli. Dwóch mężczyzn w dwu szafach! I to w jednej – stary! Gdyby było dwóch młodych! Lub gdyby przynajmniej było dwóch starych. Lecz jeden młody i jeden stary. Stary, i do tego Pimko. Sytuacja nie miała osi, nie miała diagonali – nie można było znaleźć komentarza do sytuacji… Belfer wytrącony z belfra stracił się doszczętnie, wierzyć się nie chciało, że to ten sam absolutny i wytrawny dwururkowiec, który ongiś mnie upupił”. Dotychczasowa forma nagle rozpadła się z trzaskiem. Wszyscy zaczęli wychodzić ze swoich ról i wcielać się w nowe „byty”. Sytuacje uratowała mistrzyni Zuta. Gombrowicz: „Płacz nieletniej łączył Pimkę, Kopyrdę, rodziców, nizał ich na demonizm jak na sznurek. Rzecz, jak nożem uciął, przestała być śmieszna i bez sensu, odzyskała sens, i to sens nowoczesny, chociaż mroczny, czarny, dramatyczny i tragiczny. Kopyrda, Pimko, Młodziakowie poczuli się lepiej – a ja poczułem się gorzej, schwytany za gardło. […] Pimko, zdaje się, odetchnął. Nawet to było mu lepsze niż dotychczasowe nieumiejscowienie w niczym…” Jeszcze tylko Młodziak jako wzorowy ojciec trzaśnie profesora wzorowo w „papę” – i wszystko wróci w dawne, dobrze znane koleiny… Gombrowicz: „W głębi duszy przyjął z wdzięcznością policzek, który jakoś go klasyfikował…”. Gombrowicz uświadamia nam, że jako ludzie nie istniejemy bez klasyfikacji. Każdy z nas jest w jakiejś szufladce, skatalogowany, opisany, odpowiednio umieszczony… Nikt nie jest wolny. Kiedy okoliczności życia wytrącają nas z formy, czasami paradoksalnie pragniemy jej powrotu, jak Pimce pomogło uderzenie „w papę”, by znów mógł wiedzieć, kim jest…

Józio nagle naprawdę zaczyna wątpić w to, co się stało. Stężenie groteski w jego życiu przekroczyło chyba pewną granicę. Poczuł się tak, jakby wszystko w nim umarło, wyzwolił się z wszystkich form i nie zdążył jeszcze wcielić się w żadną z nich: „Czy było to, że Pimko, belfer klasyczny mnie upupił, żem był uczniem w szkole, nowoczesnym z nowoczesną, […] że byłem z pupą, z gębą, z łydką… Nie, nie zniknęło, ani młody, ani stary, ani nowoczesny, ani staromodny, ani uczeń, ani chłopiec, ani dojrzały, ani niedojrzały, byłem nijaki, byłem żaden… Odchodzić idąc, iść odchodząc i nie czuć nawet wspomnienia. Zobojętnienie błogie! Bez wspomnienia! Kiedy umiera w tobie wszystko, a nikt jeszcze nie zdążył narodzić się na nowo…”

Nasz nieszczęsny bohater znów  musi pakować walizeczkę i uciekać. Gdzie tym razem? – do parobka, do parobka! A zatem idziemy z Miętusem na poszukiwanie parobczaka. […] Dalej, dalej! Miętus stąpa raźno, niesiony w przyszłość nadzieją, nadzieja i mnie się udziela, niewolnikowi jego! […] Na przedmieście, na przedmieście… […] Bramy domów, dość rzadkie w tej okolicy, zapowietrzone są przez dozorców i ich rodziny. Miętus zagląda do każdej, jakże daleko jednak dozorcy do parobka, czyż dozorca nie jest po prostu chłopem w doniczce? Gdzieniegdzie trafia się stróżak, lecz żaden nie zadawala Miętusa, czyż bowiem Strózik nie jest właściwie parobkiem w klatce, parobkiem w klatce schodowej? Nie ma tu wiatru –oświadcza – w bramach są tylko przeciągi, a nie uznaję parobka na przeciągu, dla mnie jedynie parobek na dużym wietrze. Mijamy niańki i bony, które w piszczących wózkach wiozą na spacer niemowlęta. Donaszając toalety pań, na wykrzywionych obcasach, zerkają zalotnym okiem. W ustach dwa złote zęby, z dzieckiem cudzym i w szmatach, a w głowie - Waldy…”

Nie jest łatwo znaleźć prawdziwego parobka. Miętus jest niepocieszony… Gombrowicz: „ […] poprzebierane, zamordowane, zabite! […] I dziesiątki koncepcistów, doktrynerów, demagogów i agitatorów przerabiają i urabiają, zasiewają swoje koncepcje, poglądy, doktryny, idee, a wszystko specjalnie uproszczone i przyrządzone dla maluczkich. – Gęba, gęba – rzekł Miętus ze zwykłą ordynarnością. – Zupełnie jak u nas w szkole! […] a parobka nie ma i nie ma!”. Nagle na horyzoncie pojawia się ciotka Józia – Hurlecka z domu Lin. Józio z Miętusem wpadają w straszną formę – nie są w stanie wytłumaczyć ciotce, że są dorosłymi mężczyznami… Miętus nareszcie znajduje parobka Walka, Józio jest potwornie zmęczony kolejną formą, która go dopadła… Przebywanie w dworku ciotki jest dość stresujące. Przebywający tam ludzie są zniewoleni konwencjami. Są panowie i parobcy. Wszyscy bardzo się pilnują, by nie wyjść poza sztywno wytyczone granice. Dodatkowo jeszcze obie grupy nie darzą się szacunkiem… Dziewkę kuchenną, Marysię, bardzo dziwi zachowanie państwa. Gombrowicz: „Państwo takie som! – mówili z jazgotem ludowym, kuchennym i kredensowym. – takie som! Państwo nie robiom, cięgiem ino żrom i żrom, to ich rozpiro! Żrom, chorujom, wylegują się, po pokojach chodzom i gadajom cosik. Co tyż się nie nażrom! Matko jezusowa! Ja to bym połowy nie zeżarł, choć ta zwykły cham Jezdem. A to obiad, a to podwieczorek, a to cukierków, a to konfitury, a to jaja z cybulom na drugie śniadanie. Państwo bardzo som pażerne i łakome – do góry brzuchem leżom i choroby majom od tego. […] A panienka to tak se chodzi i poglonda – na spacer chodzi. Państwo to tak sechodzom i poglondajom. Pon Zygmunt to ta na mnie poglonda, ino, że mu nie honor”.

Wiele zamieszania wyniknie na skutek „bratania” się Miętusa z Walkiem. Mieszkańcy dworku nie będą w stanie tego zrozumieć. Rozpęta się piekło… Józio ponownie zada sobie pytanie: „Dokąd uciec?”. Zaczyna znowu uciekać i kto go złapał ty razem? – Zosia! Potężna FORMA! Gombrowicz: „O świtaniu nowa pupa, stokroć wspanialsza, czerwona ujawniła się na nieboskłonie i świat napełniła promieniami. […] Porwałeś mnie – mówiła upajając się swoim mówieniem. – Nie każdy by się na to zdobył. Pokochałeś i porwałeś, nie pytałeś o nic, lecz porwałeś, nie bałeś się rodziców… lubię te twoje oczy śmiałe, nieustraszone, drapieżne… I pod jej zachwytem wiłem się jak pod chłostą szatana, a pupa olbrzymia, infernalna świetniała i przeszywała z góry jak znak definitywny wszechświata, klucz wszelkich zagadek, ostateczny mianownik rzeczy. Oto przytulona urabiała mnie sobie i ciepło, nieśmiało, nieporadnie mitologizowała mnie tak, jak tam jej dogadzało, i czułem, że wielbi niezdarnie moje przymioty i zalety, wyszukuje i wynajduje, rozpala się i rozpłomienia… Wzięła mi rękę i zaczęła tulić ją, a ja znowu tuliłem jej dłoń – gdy pupa infantylna, infernalna osiągała zenit, kulminantę i prażyła z góry pionowo w dół…”

Gombrowicz w bardzo groteskowy sposób wykpiwa kolejną formę -romantyczny model miłości, w prześmiewczy sposób pokazuje „szablony” miłości: „[…] a przede wszystkim czekała i czekała, i czekała na tego, który nadejdzie, pokocha, porwie. […] Więc teraz, gdy oczekiwany zjawił się, porwał, zaświtał ów dzień uroczysty, rozpoczęła intensywną działalność i jęła popisywać się i wykazywać, wydobywać wszystkie atuty i przedstawiać je strojąc minki […] A ja musiałem patrzeć i spoglądać, udawać, że mnie to bierze i brać to w siebie […] – Tak bym chciała, żeby wszystkim było dobrze i żeby wszyscy byli szczęśliwi jak my – jeżeli wszyscy będą dobrzy, to wszyscy będą szczęśliwi”.

Czujemy wyraźnie, że Józio nie ma już dokąd uciec. Jeszcze tylko zapyta Zosię: - „Co to za okolica?”, a ona odpowie: „To moja okolica” , i już nie mamy żadnych wątpliwości… Ostatkiem sił nasz bohater zawoła jeszcze: „O, trzeci! Pomocy, ratunku!”. Nikt nie przybędzie z odsieczą. Zosia powie: „Dlaczego wołasz i krzyczysz? Jesteśmy sami… I podała mi gębę swoją. A mnie zabrakło sił, sen napadł jawę i nie mogłem – musiałem ucałować swoją gębę i jej gębę,  gdyż ona swoją gębą moją ucałowała gębę”.

Zakończenie „Ferdydurke jest punktem kulminacyjnym tej powieści. Jeżeli ktoś po przeczytaniu jej miał jeszcze jakieś wątpliwości, to teraz już ich nie ma. Koniec pozbawia nas złudzeń. Pisarz nawet odrobinę nie zbacza  z obranego kierunku myślenia i wnioskowania. Swoje argumenty rozpisał w sposób bardzo szczegółowy i wnikliwy. Ta drobiazgowość opisu, liczne powtórzenia mogą czasami męczyć czytelnika. Myślę, że pisarza ratuje absolutnie genialny sposób operowania językiem, niezwykła umiejętność posługiwania się stylizacją, dialektyzacją, parodią, groteską, karykaturą. „Ferdydurke” nie jest nudna! Jest chyba najbardziej „zakręconą” lekturą w szkole średniej. Może dlatego powinna podobać się uczniom! Cenię ją za połączenie w jednorodnącałość kontrastujących elementów. Pisarz potrafił wypowiadać się na temat podstawowych ludzkich problemów w bardzo oryginalnej formie. „Ferdydurke” mnie niezmiennie bawi, zawsze śmieję się, kiedy ją czytam. Uwielbiam język Gombrowicza, dlatego w tej recenzji zamieściłam tak dużo moich ulubionych cytatów. Współczuję uczniom, którzy poznali to dzieło ze streszczenia. Naprawdę współczuję… Bez „żywego” języka Gombrowicza musi to być bardzo niestrawne danie… Recenzję tę polecam wszystkim maturzystom z życzeniem, by „Ferdydurke” była na maturze!

Wróćmy do wspomnianego zakończenia, które przytoczę w całości.

„A teraz przybywajcie, gęby! Nie, nie żegnam się z wami, obce i nieznane facjaty, obcych, nieznanych facetów, którzy mnie czytać będziecie, witam was, witam, wdzięczne wiązanki części ciała, teraz niech się zacznie dopiero – przybądźcie i przystąpcie do mnie, rozpocznijcie swoje miętoszenie, uczyńcie mi nową gębę, bym znowu musiał uciekać przed wami w innych ludzi i pędzić, pędzić, pędzić przez całą ludzkość. Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak  tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki. Ścigajcie mnie, jeśli chcecie. Uciekam z gębą w rękach”.

 

Ewa Matanowska

 

 

Gustaw Herling-Grudziński – „Inny Świat”

 

Gdybym kiedykolwiek musiała jeszcze raz przeczytać lekturę, byłby to „Inny Świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Powieść ta jest pod każdym względem arcydziełem. Napisał ją człowiek, który przeżył piekło sowieckich łagrów i wyszedł stamtąd na tyle cały, że mógł odnaleźć się w wolnym świecie i napisać tę książkę. Niezwykłość tych wspomnień polega na tym, że opisywane wydarzenia są autentyczne. Pisarz opisał to, czego sam doświadczył, przebywając cztery lata w łagrze. Wszyscy wiemy, czym były sowieckie łagry. Mogłoby się więc wydawać, że książka będzie tak okrutna, iż trudno będzie ją przeczytać. Tak jest tylko częściowo. Nadzwyczajność tego arcydzieła polega na tym, że autor miał niezwykłą umiejętność opisywania ludzi, którzy w tym sowieckim piekle mieli odwagę zachować to, co jest w człowieku najcenniejsze – własne człowieczeństwo.

W szkole średniej uczniowie zazwyczaj czytają dwie książki, które opisują rzeczywistość obozów – „Opowiadania” Borowskiego i właśnie „Inny Świat”. Akcja pierwszego utworu dzieje się w niemieckim lagrze. Autor także był więźniem obozu i opisał to, czego sam doświadczył. Te wspomnienia są jednak tak przerażające, że czasami czytelnik nie ma siły, by czytać dalej. Zawsze z wielkim trudem zmuszam się do czytania tych opowiadań, natomiast „Inny Świat” przeczytałam kilka razy i zawsze zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje, że te wspomnienia są tak niezwykłe. Moim zdaniem ich wielkość polega na tym, że autor dał nam świadectwo potęgi człowieczeństwa. Opisując historie poszczególnych więźniów, pokazał, że mimo ogromu niewyobrażalnego cierpienia tych bohaterów władza sowiecka nie była w stanie ich złamać.  Mieli jeszcze siły, by myśleć o zachowaniu własnej godności, o ocaleniu swojego człowieczeństwa, o własnej duszy. Niezwykle wzruszające są te fragmenty, które mówią, jak bardzo więźniowie starali się w tym piekle o zachowanie chociaż cząstki ludzkich odruchów. Opisując poszczególne wydarzenia, pisarz ukazuje nam obraz ludzi, którzy właściwie są już na granicy życia i śmierci i w tej sytuacji jeszcze ze wszystkich sił pragną ocalić swoją duszę, robią rzeczy, które nas bardzo głęboko poruszają. Powieść pokazuje, jak cenną wartością jest życie, jaką potęgą jest bycie człowiekiem, jak niezwykłą moc ma każdy z nas w sobie. Istnieje takie powiedzenie, że Niemcy w obozach zabijali ciała, a Rosjanie – dusze. Wspomnienia Grudzińskiego pokazują, jak trudne to było zadanie, jak niełatwo jest złamać człowieka, który ma świadomość wartości swojego człowieczeństwa. O tym , jak jest to ważne, świadczy przykład samego autora, który pod koniec pobytu w obozie był już  na granicy życia i śmierci i cudem ocalał. Mógł żyć dalej może właśnie dzięki temu, że w tym sowieckim piekle nigdy nie zwątpił w wartość człowieka, potrafił opisać ludzi, którzy byli tego świadectwem. Nigdy się nie poddał. Opisywane przez niego zdarzenia świadczą o tym, że bardzo potrzebował  takich ludzkich świadectw, przypadków, które potwierdzają regułę, że owszem, można zniszczyć człowieka, jego ciało, ale bardzo trudno jest zabić ludzką duszę. Świadomość tego jest naszym ocaleniem w każdych warunkach. Rzeczywistość obozowa była skrajnym przykładem tego, do czego zdolny jest człowiek, który nie mogąc już ocalić ciała, pragnie jedynie ocalić własną duszę, umrzeć jako człowiek, nie jak przedmiot, który ma jedynie ciało materialne. Na tym, moim zdaniem, polega wielkość tej książki. Ma ona ogromną wartość nie tylko dla tych, którzy urodzili się w szczęśliwszych czasach i nie znają obozów, ale myślę, że dla samego autora, który napisał pomnik-świadectwo wielkości człowieka, który może przeżyć niewyobrażalne okrucieństwa i nadal żyć, mając w pamięci ludzi, którzy nigdy nie zwątpili w to, że w najbardziej potwornych sytuacjach pragniemy na przekór wszystkiemu ocalić swoje człowieczeństwo.

Myślę, że to właśnie odróżnia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego od Tadeusza Borowskiego, którego opowiadania są tak odczłowieczone, że budzi to w nas potworne przerażenie. Opisał on obozy jako miejsce, w którym każdy myśli jedynie o przeżyciu następnego dnia. Ludzie zostali potwornie odhumanizowani, w okrutny sposób pozbawieni resztek człowieczeństwa. By przeżyć kolejny dzień, zrobią wszystko, na świat patrzą już oczami ludzi, którzy nie mają duszy. Obozowe potworności, terror hitlerowców pozbawił więźniów wiary w człowieczeństwo. Autor opisuje zachowania człowieka zlagrowanego. Jest to przerażające świadectwo. Tadeusz Borowski po wojnie popełnił samobójstwo. Być może obozowe przeżycia sprawiły, że zwątpił w sens życia, w sens bycia człowiekiem, w istnienie człowieczeństwa, skoro takie potworności w czasie II wojny światowej mogły mieć miejsce, zostały z zimną krwią zaplanowane i precyzyjnie wykonane przez ludzi.

W wywiadzie z Włodzimierzem Boleckim pt. „Mój Bildungsroman (Rozmowa o „Innym Świecie”)” pisarz w następujący sposób wyjaśniał przyczyny i okoliczności powstania dzieła: „Inny Świat” jest moim zasadniczym argumentem na rzecz tezy, którą od dawna głoszę, że wiek XX był wiekiem przeklętym – wiekiem ideologii totalitarnych. Wielu ludzi się z tym nie zgadza. Zwłaszcza ci, którzy totalitaryzm uważają za lokalną włosko-niemiecko-rosyjską „wysepkę” na morzu powszechnej szczęśliwości. Ta wysepka miałaby się na krótko wynurzyć z morza postępu po pierwszej wojnie światowej i szybko zniknąć po drugiej wojnie. Nie zgadzam się z taką interpretacją. Uważam, że obraz wieku XX jest zupełnie inny. Już na przełomie XIX i XX wieku zaczęły się nad Europą gromadzić chmury, które spowodowały straszną burzę totalitaryzmu na całym świecie. W Europie wszystko zaczęło się od rewolucji rosyjskiej w 1917 roku i błyskawicznie nastąpił przerzut idei totalitarnych na Włochy i Niemcy. Moim zdaniem skutki rewolucji rosyjskiej – pod względem liczby ofiar i czasu trwania – były dla ludzkości znacznie bardziej katastrofalne niż nazizm w Niemczech czy włoski faszyzm. Co to znaczy, że „Inny Świat” jest moim Bildungsroman? To znaczy, że jako dwudziestoletni chłopiec znalazłem się w samym środku totalitarnego wieku i że w łagrze sowieckim uczyłem się, na czym polega w praktyce ta „nowa moralność”, którą postanowili wprowadzić w życie ideolodzy totalitaryzmu. Uczyłem się więc na własnej skórze, jakie są zasady, podstępy i zasadzki zastawione przez totalitaryzm na człowieka – i jakie wynikają z tego zagrożenia dla naszego człowieczeństwa. Wyszedłem z łagru sowieckiego na tyle cały, że mogłem odnaleźć się w wolnym świecie i napisać tę książkę, ale wyszedłem tylko dlatego, że sprzyjały mi okoliczności wielkiej polityki. Gdyby nie tak zwany pakt Sikorski-Majski z 1941 roku, w którym Stalin zobowiązywał się zwolnić z łagrów polskich obywateli, to w Jercewie, łagrze pod Archangielskiem, po prostu musiałbym umrzeć. Przed uwolnieniem znajdowałem się najdosłowniej w przededniu śmierci. Leżałem w baraku zwanym Trupiarnią, byłem „dochodiagą”, czyli człowiekiem, który dochodzi już do kresu swego życia. W wieku dwudziestu lat nieczęsto zdarza się spojrzeć nie tylko śmierci w oczy, ale zajrzeć w jądro ciemności całego stulecia. Ja z taką świadomością wyszedłem z obozu, cały czas o wszystkim pamiętałem i od pierwszej chwili, gdy się znalazłem w wojsku generała Andersa, chciałem o tym napisać książkę. Zacząłem ją pisać w Anglii w 1949 roku i ukończyłem w roku następnym. To doświadczenie, które w niej przedstawiłem, ciąży nade mną do dzisiaj. Chciałbym, żeby ludzie młodzi, którzy mają tyle lat, ile ja miałem, gdy zetknąłem się w łagrze z „innym światem” komunizmu, zrozumieli to, o czym Hannah Arendt pisze w książce „Korzenie totalitaryzmu” – nie jesteśmy zabezpieczeni przed powtórzeniem się totalitarnych potworności. Arendt posuwa się nawet do przypuszczenia, że rozwój środków technicznych umożliwia powtórkę z totalitaryzmu, bo ułatwia wykonanie jego zbrodniczych idei”.

Na całym świecie istnieje podział na niemieckie obozy koncentracyjne – lagry i sowieckie obozy – łagry. Gustaw Herling-Grudziński znalazł się w łagrze w Jercewie w połowie 1940 roku. W następujący sposób wyjaśniał, czym był dla niego łagier i czym te obozy różniły się od lagrów: „Łagier był narzędziem zabijania przez władze sowieckie niewygodnych dla nich ludzi. Był narzędziem ludobójstwa przeprowadzonego z różnych powodów – klasowych, politycznych, ideologicznych i tak dalej. Szałamow na przykład poszedł pierwszy raz do łagru za głoszenie prawdy o tak zwanym testamencie Lenina, za co dostał trzy lata. Ale już kilka lat później mówienie o tym testamencie stało się w oczach Stalina tak straszną zbrodnią, że za to „przestępstwo” skazywano na rozstrzelanie. Gdy więc znalazłem się w 1940 roku w łagrze, uderzyło mnie, że jego istotą jest zamykanie w nim ludzi przeznaczonych na wyginięcie, na śmierć. W niemieckich obozach zagłady prawie natychmiast prowadzono więźniów do komór i zagazowywano ich. W łagrach sowieckich droga do śmierci trwała długo, niekiedy kilka, kilkanaście lat. Sowietom chodziło o maksymalne wykorzystanie siły roboczej. Więźniowie łagrów mieli umrzeć, ale wcześniej mieli za darmo, jako niewolnicy, pracować dla państwa. Na tym polegała różnica.  Kiedy dziś mówię, że komunizm i nazizm były „bliźniakami totalitarnymi”, to mi odpowiadają: „Jak to? Przecież w ZSRR nie było komór gazowych!” To jest oczywiście prawda, że ich nie było, ale Szałamow, który w łagrze na Kołymie przeżył siedemnaście lat, nazwał sowieckie łagry „białymi krematoriami”. To jest dokładnie to, o czym mówię”.

Pisarza bardzo martwił fakt, że po wydaniu powieści wielu czytelników nie rozumiało jej zakończenia. Akcja tej ostatniej części dzieje się już po wyjściu pisarza z łagru - w Paryżu. Spotyka się tam z byłym więźniem obozu, który opowiada mu pewne zdarzenie ze swojego życia. Kiedy był w obozie, pewnego dnia musiał wybierać pomiędzy własnym przetrwaniem a donosem na czterech Niemców. Wybrał to drugie i dzięki temu przeżył. Kiedy spowiadał się przed pisarzem, pragnął tylko jednego, usłyszeć od niego słowo – rozumiem. Pragnął tego i spodziewał się tym bardziej, że przecież uczynił tę spowiedź także przed byłym więźniem łagrów, więc człowiekiem, który poznał okrutne realia życia w tamtych miejscach. Był pełen nadziei, że pisarz wypowie to słowo, ale on tego nie zrobił. Wielu czytelników nie rozumiało tego zachowania. Uważali, że warunki, w których przebywali więźniowie, były tak nieludzkie, że nawet w sytuacji, kiedy przekroczyli granice człowieczeństwa, należy im się chociaż zrozumienie. Autor był innego zdania. Martwiło go, że czytelnicy tego nie rozumieją. W następujący sposób tłumaczył to w wywiadzie: „Jeśli czytelnicy nie rozumieją tego zakończenia, to znaczy, że ani nie rozumieją tego, o czym opowiada „Inny Świat”, ani nie rozumieją sensu mojej opowieści o innym świecie. Smutne to, a nawet zdumiewające. […] Przecież w tym zakończeniu pokazuję różnicę między niewolą a wolnością, o czym zresztą wcześniej piszę wprost. Jaśniej chyba tego powiedzieć już nie można. Reguły wolności są po prostu inne niż reguły niewoli, a ja w zakończeniu opowiadam, że odmawiam przyjęcia reguł niewoli, gdy już jestem na wolności. Wykładając rzecz wprost: gdybym w łagrze dowiedział się, co zrobił ten więzień, i gdyby w łagrze poprosił mnie o słowo „rozumiem”, to być może wypowiedziałbym to słowo. Nie dlatego, żebym go zrozumiał i zaakceptował, lecz dlatego, że w tamtym miejscu, w tym innym świecie po prostu „przełknąłbym” jego prośbę. Natomiast na wolności, gdzie żyłem już normalnymi ludzkimi uczuciami, miłością, przyjaźnią, gdzie świat opierał się na normalnych wartościach, na rozróżnianiu dobra i zła, kłamstwa i prawdy, nie mogłem wypowiedzieć słowa, o które mnie prosił. Po prostu nie byłem w stanie tego zrobić. Ale nie z niechęci, bo przecież lubiłem tego człowieka, a w więzieniu w Grodnie przyjaźniłem się z nim nawet bardzo serdecznie. Nie mogłem tego zrobić, ponieważ wydawało mi się to zdradą zasad świata, do którego powróciłem. Nie mogłem więc stosować się do zasad „innego świata”, skoro żyłem już w świecie wolnym. Moja postawa w zakończeniu tej książki jest po prostu obroną sensu świata wolnego”.

Pisząc o różnicy pomiędzy „Innym Światem” a „Opowiadaniami” Tadeusza Borowskiego, zwracałam uwagę na niezwykłych bohaterów, których losy autor opisał. Zrobił to w taki sposób, że bohaterowie ci niezwykle głęboko zapadają w naszą pamięć. Ocalone z otchłani czasu historie dotyczą przede wszystkim takich bohaterów jak: Kostylew, Jegorow i siostra Jewgienija Fiodorowna, Fin RustoKarinen, Marusia i Kowal, Pamfiłow i jego syn Sasza, Tania, generalskaja doczka, Gorcew, Natalia Lwowna, trzech kamratów: Hans, Otto, Stefan, zabójca Stalina. Poza wymienionymi bohaterami pisarz uchronił od zapomnienia miliony bezimiennych więźniów, którzy przeszli przez sowieckie piekło.

W następujący sposób opisywał panujące tam warunki, ubrania, które mieli więźniowie pracujący przy wyrębie lasu na mrozie dochodzącym do -40 stopni: „Kwadrans przed szóstą na pryczach leżeli już tylko ci więźniowie, którzy poprzedniego dnia otrzymali zwolnienie od lekarza, a reszta zaczynała się ubierać. Przygarbione postacie pochylały się nad gołymi nogami, próbując ze szmat, sznurków, kawałków drutu, dziurawych walonek i skrawków opon samochodowych skleić możliwie ciepłe i trwałe obucie na jedenastogodzinny dzień pracy. Jedynie brygady doborowe (do których zaliczała się i nasza), zatrudnione przy pracach związanych bezpośrednio z planem produkcyjnym obozu, otrzymywały nowe ubrania i miały prawo wymieniać je po zniszczeniu. Około trzech czwartych więźniów jednak wychodziło do pracy w łapciach, często z odsłoniętymi częściami nóg, ramion i piersi.  Nie było więc rzeczą dziwną, że wielu z nich nie miało odwagi rozbierać się na noc, aby nie ryzykować rozsypania się z trudem posztukowanej odzieży”.

Niezwykle tragicznym bohaterem książki jest zabójca Stalina: „Kiedyś, jako wysoki urzędnik jednego z komisariatów ludowych, podpił sobie w gabinecie z przyjacielem i założył się, że od pierwszego strzału trafi w oko Stalina, wiszącego na przeciwległej ścianie. Wygrał zakład, ale przegrał życie. Po paru miesiącach, gdy zapomniał już prawie o tym incydencie, poróżnił się o coś ze swoim przyjacielem. Nazajutrz czekało na niego dwóch oficerów NKWD”. Za ten wybryk dostał dziesięć lat łagrów, a potem jeszcze przedłużono wyrok. Kiedy spotkał go pisarz, był już wrakiem człowieka. Chorował na kurzą ślepotę, chorobę, która zbierała śmiertelne żniwo wśród więźniów, którzy pozbawieni odpowiedniego jedzenia przestawali widzieć, kiedy nadchodził wieczór. Zabójca Stalina umarł z wycieńczenia. Grudziński opisał ostatnie dni jego życia: „Wyglądał jak ogromny, pokryty szlamem szczur rynsztokowy, którego schwytano niespodziewanie w smugę światła. Zakręcił się parę razy w miejscu, jak gdyby nie było zeń ucieczki. Nagle przystanął i odwrócił się w moją stronę. – Ja zabiłem Stalina! – Głos jego przeszedł teraz w chrapliwy, obłąkany skowyt szaleńca. – Ja, ja, ja… Zastrzeliłem, jak psa zastrzeliłem… - zaśmiał się z gorzkim tryumfem. Był za słaby, by zrozumieć wszystko. Ale był jeszcze niestety dość silny, by zrozumieć tyle, ile potrzeba do powolnej, dławiącej za gardło śmierci. Przed nią zaś, jak ostatni sakrament, chciał wziąć na siebie zbrodnię, której nie popełnił, czyn, którego nie dokonał. Przez tyle długich lat nie wiedział, za co cierpi. Dziś zapragnął się przyznać, zapragnął się zmieścić w okrutnym i niezrozumiałym wyroku losu, który mu przedłożono do podpisu siedem lat temu. Broniąc się przed nieznaną przyszłością, szamocąc się w sidłach teraźniejszości, ratyfikował nałożoną nań przeszłość. Aby choć na chwilę przed skonem uratować jeszcze poczucie realności i wartości swego gasnącego istnienia”.

Historia Pamfiłowa i jego syna Saszy pokazuje, że komuniści łamali ludziom dusze, ale czasami chociaż na krótką chwilę te dusze się budziły z letargu i pokazywały swoją moc. Tak było w przypadku tragicznej historii tego ojca i syna. Stary Kozak miał jedynego syna – Saszę, którego w wieku 18 lat zabrano do wojska. Kochał syna miłością zupełnie zwierzęcą. Godzinami wpatrywał się w jego fotografię. Niestety, sowieci zmienili duszę Saszy. Pewnego dnia ojciec dostał od niego list, w którym informował go, że władza sowiecka miała rację, aresztując go. Pamfiłow bardzo to przeżył. Powiedział: „Straciłem syna, umarł mi syn”. Pewnego dnia, kiedy przez Jercewo przechodził transport oficerów i żołnierzy sowieckich, był wśród nich Sasza. Położył się na pryczy ojca. „[…] kiedy stary Kozak wrócił z lasu, Sasza zeskoczył z pryczy i zaczął się bojaźliwie cofać w kierunku ściany. Pamfiłow zbladł, zachwiał się, wypuścił z rąk pusty kociołek i szedł za nim z nieprzytomnym błyskiem w oczach. – Pamfiłow – krzyknęli z prycz więźniowie – przypomnij mu, co to ojcowska ręka! Ale Pamfiłow przysiadł nagle na ławce, opuścił głowę, jak gdyby zasłabł, i w zupełnej ciszy baraku wyszeptał: - Synok, dorogoj mój synok… Przeleżeli obok siebie całą noc na pryczy, rozmawiając cicho, a następnego dnia Sasza poszedł etapem do Niandomy. Potem widywaliśmy codziennie starego Panfiłowa, pracowitego i cierpliwego, jak gdyby wdzięczny był obozowi za to, że pojednał go z synem”.

Niezwykła historia Fina z 42 brygady – Rusto Karenina polegała na tym, że jako jeden z niewielu więźniów próbował uciec z łagru. O jego wyczynie opowiadało się w obozie jako o czymś legendarnym. Ucieczka się nie powiodła. Okazało się, że przez siedem dni błądził wkoło obozu. Zapłacił ogromną cenę za ten wyczyn, ale zyskał niezwykły szacunek i podziw wśród więźniów, ponieważ chociaż przez kilka dni mógł być WOLNY!: „Wieś, do której po siedmiodniowym błądzeniu doszedł Karinen, leżała w odległości około piętnastu kilometrów od obozu jercewskiego. Chłopi odwieźli go do Jercewa, a stamtąd strażnicy zabrali go do izolatora, gdzie nieprzytomnego skatowano tak, że przez trzy miesiące walczył ze śmiercią, a potem jeszcze dwa miesiące leżał w szpitalu. Mówiono, że Samsonow nie wysłał w ogóle pościgu, wiedząc, że Karinen albo padnie w lesie, albo przyjdzie z powrotem do obozu. I istotnie przyszedł. -Od obozu nie można uciec, przyjaciele – kończył zawsze swą opowieść Karinen. […] Nie bieduj, pocieszali go przejętymi głosami więźniowie – opłaciło się. Zawsze to tydzień wolności…”

Jegorow był obozowym lekarzem, który zakochał się w  siostrze  Jewgienii Fiodorownej. Niestety, pewnego dnia w obozie pojawił się Jarosław R. W siostrze zaszła niezwykła przemiana: „Siedzieli na małej kozetce, używanej zazwyczaj do badania chorych, patrząc na siebie w sposób, który wykluczał wszelkie wątpliwości. W jej głosie, tak zawsze opanowanym i stanowczym, brzmiała teraz nuta bezgranicznego oddania, płonące oczy wyrażały szczęście, jakiego nie spotyka się nigdy w twarzach więźniów. Widywałem ich potem w letnie wieczory w zonie – mówiło się, że Jarosław jest na „garnuszku szpitalnym” – ale dla mnie to była miłość, najczystsza miłość, jaką dane mi było oglądać w obozie. Nie tylko dla mnie zresztą. Michaił Stiepanowicz określił zmianę, jaka zaszła w zachowaniu i wyglądzie naszej siostry szpitalnej, słowem „zmartwychwstanie”. Kiedy Jarosław R. został wezwany na etap do obozów peczorskich, siostra chciała iść za nim, ale jej zgłoszenie zostało odrzucone. „ […] w styczniu 1942 roku Jewgienija Fiodorowna zmarła w czasie porodu, dając życie dziecku swej prawdziwej miłości i płacąc własnym życiem za swoje krótkie Zmartwychwstanie”.

Generalską doczką nazywali więźniowie młodziutką Polkę, córkę oficera z Mołodeczna. Była naprawdę piękna, ale jej obozowy los był już na samym początku przesądzony. Złamano ją głodem jak tysiące innych kobiet: „Odtąd dziewczyna odmieniła się zupełnie. Nie spieszyła się jak przedtem po zupę do kuchni, ale wróciwszy z bazy, goniła się po zonie do późnej nocy jak nieprzytomna kotka w okresie marcowego parzenia. Miał ją, kto chciał, pod pryczą, na pryczy, w separatkach techników, w składzie ubrań. Ilekroć mnie spotykała, odwracała głowę, zaciskając konwulsyjnie usta […] wybuchnęła spazmatycznym płaczem i wracając wieczorem do zony, tamowała łzy dwiema drobnymi piąstkami”.

Moimi ulubionymi bohaterami są Kostylew i Natalia Lwowna. Historie życia tych bohaterów łączą w przedziwny sposób książki. W przypadku Kostylewa są to powieści francuskie, które otworzyły mu oczy na świat i dzięki którym zrozumiał, że władze sowieckie w okrutny sposób go oszukały. Kiedy uświadomił to sobie, postanowił się zbuntować. Przyrzekł sobie, że nigdy nie będzie dla sowietów pracował. Kiedy przebywał w obozie w Jercewie , codziennie opalał sobie rękę w ogniu, by w ten sposób nie pracować dla tych, którzy w tak okrutny sposób go okłamali. Historia jego życia kończy się bardzo tragicznie. Bohater ten opisany został w sposób niezwykle poruszający, podobnie jak kolejna bohaterka – Natalia Lwowna. W życiu tej kobiety ogromną rolę odegrała książka Fiodora Dostojewskiego – „Zapiski z domu umarłych”. Wspomnienia tego pisarza sprawiły, że więźniarka obozu w Jercewie nagle zrozumiała, że cała Rosja jest jednym domem umarłych, że ich historia nie jest czymś wyjątkowym, w jej ojczyźnie ludzie ciągle byli gnębieni, żyli w nieustannym strachu. Po przeczytaniu doszła do wniosku, że jedynym obszarem wolności człowieka jest w tej sytuacji prawo decydowania o własnej śmierci. Niestety, postanowiła skorzystać z tego jedynego „przywileju”, na który pozwalała władza sowiecka, podjęła próby targnięcia się na własne życie.

Na zakończenie tej recenzji chciałabym przytoczyć fragmenty, które świadczą wyjątkowym tragizmie tych bohaterów: „Zostało ustalone jeszcze w Mostowicy, że matka Kostylewa przyjedzie z Woroneża do Jercewa w pierwszych dniach maja i spędzi z synem trzy dni w Domie Swidanij. Misza żył w takiej euforii na myśl o tym spotkaniu, że nie dostrzegał grożących mu niebezpieczeństw. Jego status – zdrowego w zasadzie więźnia, któremu z tajemniczych powodów nie goiła się ręka, był w sowieckim systemie pracy przymusowej czymś wyjątkowym i nie do zniesienia na dłuższą metę. Doradzałem mu więc wielokrotnie, żeby przynajmniej do czasu widzenia z matką zarzucił swój proceder opalania ręki i poszedł choć parę razy na bazę. Potem zaś, potem – zrobi, co zechce. Uśmiechał się na te upomnienia łagodnie i odpowiadał z dziecinnym uporem: - Nigdy, rozumiesz, nigdy już nie będę dla nich pracował. […] 10 kwietnia wieczorem zawiadomiono go, że jest na liście kołymskiej i nazajutrz rano ma się stawić w łaźni na „sanobrabotkę”. Przyjął ten cios mężnie, ale z pewnym osłupieniem. Wyszeptał tylko cicho: - Nie zobaczę matki. […] Nazajutrz wieczorem czekał na mnie u wrót wartowni Dimka. – Gustaw Josifowicz – szeptał bezradnie, chwyciwszy mnie za rękę – Kostylew oblał się w łaźni wiadrem wrzątku. Jest w szpitalu. […] Nie wpuszczono mnie do szpitala. Nie było już zresztą po co. Kostylew umierał w straszliwych męczarniach, nie odzyskawszy do końca przytomności. Tym razem został zwolniony na zawsze. I choć umarł inaczej, niż żył, gdy go znałem i na swój sposób kochałem, do dziś – niby symboliczny obraz człowieka, który przegrał po kolei wszystko, w co wierzył – widzę go z przekrzywiona od bólu twarzą i ręką zanurzoną w ogniu jak ostrze hartowanego miecza”.

Wyjątkową rolę w powieści pełnią „Wspomnienia z domu umarłych” Dostojewskiego. Książkę tę podarowała pisarzowi Natalia Lwowna. Uświadomiła ona bohaterom tragizm ich sytuacji. Zrozumieli, że to wszystko już było, to samo przed laty, że przebywają od wieków w martwym domu. Na autorze książka ta zrobiła  wstrząsające wrażenie do tego stopnia, że podobnie jak Natalia Lwowna zaczął myśleć o samobójstwie: „Ale Dostojewski swoim skromnym i przewlekłym trochę opowiadaniem, w którym każdy dzień w katordze ciągnie się, jak gdyby trwał całe lata, porwał mnie i niósł na grzbiecie czarnej fali, torującej sobie w podziemnych chodnikach drogę w wieczną ciemność. Próbowałem płynąć pod prąd, ale na próżno. Wydawało mi się, że nigdy przedtem nie żyłem naprawdę, zapomniałem, jak wyglądały twarze moich najbliższych i krajobrazy mojej młodości. Na kamiennych, ociekających wodą i połyskujących w ciemnościach ścianach podziemnego labiryntu, przez który niosła mnie czarna fala „Zapisków z martwego domu”, widziałem natomiast w nieprzytomnej i rozgorączkowanej wyobraźni długie szeregi nazwisk tych, co tu byli przed nami i zdążyli wydrapać w skale ślad swego istnienia, zanim zalał ich i pochłonął z ledwie dosłyszalnym bulgotem wieczny mrok. Domyślałem się, że na klęczkach czepiali się rozpaczliwie oślizgłych załomów kamienia, że upadali i podnosili się na krótko, że wzywali pomocy głosem, który wybuchał jak kamienny krzyk i ginął zaraz w martwej ciszy kanału, że zakrzywionymi palcami chwytali się każdego występu w skale, aby jeszcze po raz ostatni spróbować wyszarpnąć się z prądu znoszącego po drodze wszystko i wszystkich ku martwemu morzu przeznaczenia. A jednocześnie, gdy uległszy na koniec, opadali na dno jak topielcy ciemności, czarna fala przynosiła na ich miejsce innych, coraz nowych, tak samo upadających pod ciężarem cierpienia, tak samo wyrywających się daremnie z jej śmiertelnych wirów – nas, nas, nas… Największą męczarnią tego półsnu stanowił niepojęty fakt, że przestały w nim działać prawa czasu – pomiędzy zniknięciem naszych poprzedników a naszym pojawieniem się nie było najmniejszej przerwy. W ten sposób nabierał on charakteru czegoś nieodwracalnego – przeznaczenia, w którym dla patrzących z boku wieczność znaczy tyle co zmrużenie oka, a dla skazanych na swój los zmrużenie oka trwa wieczność”.

Powieść ta uświadomiła Natalii Lwownej pewien paradoks. Zrozumiała, że nawet w tak beznadziejnej sytuacji, życie człowieka jest wyłącznie jego własnością. Jedyne pocieszenie tkwi w odkryciu, że należy się tylko do samego siebie, przynajmniej w wyborze rodzaju i czasu śmierci. Jest to bardzo tragiczna świadomość, ale jedyna nadzieja, jaka mogą mieć więźniowie. Zostali pozbawieni wszystkiego. Bohaterka uważa, że najtrudniej jest przeżyć bez nadziei: „Wie pan, że od chwili, kiedy zdobyłam tę książkę w obozie, moje życie nabrało świeżej treści? Czy pan potrafi w to uwierzyć? Szukać nadziei u Dostojewskiego!... – zaśmiała się z przymusem. […] – Jest zawsze miejsce na nadzieję, gdy życie okazuje się czymś tak beznadziejnym, że staje się nagle naszą wyłączną własnością… Czy pan mnie rozumie? Naszą wyłączną własnością… Czy pan mnie rozumie? Naszą wyłączną własnością. Gdy nie widać już znikąd ratunku, najmniejszej szczeliny w otaczającym nas murze, gdy nie można podnieść ręki na los właśnie dlatego, że jest losem, pozostaje jeszcze jedno – obrócić ją przeciwko samemu sobie. Och, pan nie potrafi chyba zrozumieć, jaka pociecha tkwi w odkryciu, że ostatecznie należy się tylko do samego siebie – przynajmniej w wyborze rodzaju i czasu śmierci. Tego mnie nauczył Dostojewski. Kiedy w roku 1936 znalazłam się w więzieniu, cierpiałam bardzo; wydawało mi się, że pozbawiono mnie wolności, bo w jakiś sposób na to zasłużyłam. Ale teraz! Teraz, kiedy nie wiem, że cała Rosja była zawsze i jest po dziś dzień martwym domem, że zatrzymał się czas pomiędzy katorgą Dostojewskiego a naszymi własnymi mękami – jestem wolna, zupełnie wolna! Umarliśmy już dawno, a tylko nie chcemy się do tego przyznać. Niech pan pomyśli: tracę nadzieję, gdy odżywa we mnie pragnienie życia; odzyskuję ją na nowo, gdy odczuwam w sobie pragnienie śmierci…” 

Ewa Matanowska