Książka dnia

Oferta dla gimnazjalistów na rok szkolny 2017/2018 - kliknij TUTAJ. Zapraszamy do "Czerwoniaka" !

Książka dnia

Prowadzona od początku roku szkolnego akcja „Książka dnia” ma na celu promowanie czytelnictwa. Każdego dnia na tablicy przed biblioteką szkolną zamieszczana jest informacja o jakiejś interesującej i godnej polecenia książce. Mamy nadzieję, że ta  krótka recenzja i zamieszczone cytaty przyczynią się do zainteresowania książką. Zachęcamy do codziennego czytania tych krótkich informacji. Zachęcamy do czytania książek.

Poniżej przedstawiamy książki, które codziennie ukazywały się na tablicy informacyjnej.

 

Lew Tołstoj – „Anna Karenina”

 

Powieść opowiada  dzieje kobiety rozdartej między miłością a poczuciem obowiązku. Anna, żona ambitnego  i zimnego karierowicza, nie znajduje szczęścia w małżeństwie. Pokochawszy namiętnie oficera Aleksego Wrońskiego, opuszcza dom. Nie potrafi jednak podjąć ostatecznej decyzji o swym losie, gdyż wtedy utraci bezpowrotnie syna. Karenin gotów jest dać żonie rozwód, ale ona nie chce go przyjąć. Mimo to wyjeżdża z Wrońskim za granicę. Nie może odzyskać równowagi psychicznej i popełnia samobójstwo, rzucając się pod pociąg. Pesymistyczna wymowa powieści – poszukiwanie miłości, której brak w małżeństwie, prowadzi do zaniedbania obowiązków wobec rodziny i w konsekwencji do życiowej tragedii wszystkich bohaterów.

Cytaty z książki:

„Wroński wszedł za konduktorem do wagonu i przy wejściu do przedziału zatrzymał się, aby przepuścić wychodzącą damę. Jedno tylko przelotnie rzucone spojrzenie na jej powierzchowność wystarczyło Wrońskiemu, by instynktem światowca zaliczyć ją do najlepszego towarzystwa. Powiedział pardon i już miał iść dalej, gdy poczuł, że musi raz jeszcze na nią spojrzeć: nie dlatego, że była bardzo piękna, i nie dlatego, że od całej jej postaci bił jakiś wytworny i dyskretny urok, ale ponieważ w chwili gdy go mijała, wyraz jej ślicznej twarzy tchnął szczególnie łagodną tkliwością. Obejrzał się i zobaczył, że ona również odwróciła głowę: spojrzenie jej błyszczących szarych oczu, które od niezwykle gęstych rzęs wydawały się ciemniejsze, zatrzymało się na jego twarzy przyjaźnie i z uwagą, jak gdyby wyrażając uznanie, i natychmiast, wyraźnie kogoś szukając, przeniosło się na nadchodzący tłum. W tym krótkim spojrzeniu Wroński zdążył zauważyć powściągliwą żywość, która grała na jej twarzy i przelatywała od błyszczących oczu do ledwo dostrzegalnego uśmiechu wyginającego kąciki czerwonych warg… Jakby istotę jej przepełniał jakiś nadmiar, który pomimo jej woli przejawiał się to w blasku oczu, to w uśmiechu. W oczach zdołała ów blask rozmyślnie zgasić, lecz jaśniał on ciągle, wbrew jej chęciom, w ledwo dostrzegalnym uśmiechu”.

 

Carlos Ruiz Zafon – „Cień wiatru”

 

„Cień wiatru” to książka w książce oraz o książkach. Posiada kilka cech, które są bardzo cenne w powieściach: sekret, nastrój tajemniczości, humor. Głównym bohaterem jest Daniel Sempre, chłopiec, który bardzo wcześnie w życiu stracił matkę. Kiedy kończy 10 lat, jego ojciec – księgarz i antykwariusz – uważając syna za wystarczająco dorosłego, zabiera go na Cmentarz Zapomnianych Książek, miejsce ukryte w samym sercu średniowiecznej Barcelony, gdzie znajdują schronienie książki zapomniane i przeklęte. Daniel doświadcza szczególnej inicjacji. Rodzinna tradycja powtarzana przez pokolenia wymaga, aby wybrał jedną i tylko jedną książkę i ocalił ją od zapomnienia, stając się opiekunem jej dalszych losów. Jest to zadanie na całe życie. Przyciągnięty przez magię, wybiera „Cień wiatru” Juliana Caraxa. Akcja zaczyna się w momencie, kiedy postanawia odnaleźć każdy ślad prowadzący do autora książki. Sama opowieść jest tajemnicą ukrytą w następnej tajemnicy, jak w powieści szkatułkowej. Tym, co urzeka czytelników najbardziej i nadaje książce szczególny nastrój, są wspaniałe i pełne uroku opisy starej Barcelony.

Cytaty z  książki:

„Jak wywodzi nam Freud, kobieta pragnie czegoś wręcz przeciwnego, niż myśli lub mówi, co nie jest wcale czymś przerażającym, jeśli zważyć, że mężczyzna, jak wywodzą nasi uczeni w piśmie, ulega z kolei dyktatowi swego narządu płciowego lub trawiennego”.

„Niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca. Owe pierwsze obrazy, echa słów, choć wydają się pozostawać gdzieś daleko za nami, towarzyszą nam przez całe życie i wznoszą w pamięci pałac, do którego, wcześniej czy później – i nieważne, ile w tym czasie przeczytaliśmy książek, ile nowych światów odkryliśmy, ile się nauczyliśmy i ile zdążyliśmy zapomnieć – wrócimy”.

„Telewizja to antychryst i ośmielam się twierdzić, że wystarczą trzy lub cztery pokolenia, a ludzie nie będą wiedzieć, jak się samemu bąka puszcza, człowiek wróci do jaskiń, do średniowiecznego barbarzyństwa i do stanu zidiocenia, z którego pierwotniak pantofelek wyrósł już w okresie plejstocenu. Ten świat nie zginie od bomby atomowej, jak prorokują gazety, ale umrze ze śmiechu, ze strywializowania, z obracania wszystkiego w żart, na domiar złego w kiepski żart”.

„- Tak naprawdę to niewiele wiem o kobietach.

- Wiedzieć to nikt nie wie, ani Freud, ani one same, ale to jest jak elektryczność, nie trzeba wiedzieć jak działa, żeby cię kopnęło”.

 

Czesław Miłosz – „Dolina Issy”

 

Nostalgiczna i nastrojowa książka opowiada o dzieciństwie małego chłopca z dworku polskiego na Litwie nad tytułową rzeką. Tomasz Surkont mieszka tam w dworze swoich dziadków i obserwuje Litwę, jej społeczne i polityczne problemy, a zwłaszcza wspaniałą przyrodę. Główny bohater przeżywa wiele przygód, przekracza próg pierwszego erotycznego doświadczenia, obserwuje dotknięte konfliktami i napięciem nadciągającej katastrofy wojennej pogranicze, przekracza próg dorosłości. Miłosz stworzył portret miejsca, gdzie sam spędzał dzieciństwo. Opisał przyrodę, typy ludzi, wydarzenia, które z punktu widzenia dziecka były bardzo ważne. Jest to powieść – wspomnienie o czasach dzieciństwa, nieco podobne w swej wymowie i sposobie opisywania „kraju lat dziecinnych” do Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”.

Cytaty z książki:

„Letnio-jesienną porą Tomasz dobrał się do biblioteki. Dotychczas ten narożny pokój z malowanymi olejną farbą ścianami, tak zimny, że kiedy na dworze upał, tu się dygotało, nie wydawał mu się interesujący. Teraz wyżebrał klucze od szaf i wyciągał z nich ciągle coś zabawnego. W jednej z tych szaf, oszklonej, znalazł czerwono oprawione książki. […] W innej szafie, wygrzebał tom z tytułem „Tragedie Szekspira” i spędził z nim dużo czasu na trawniku, na samym jego skraju, gdzie przy zielonym murze krzaków pachniało mchem i cząbrem”.

„Widział Magdalenę w ziemi, w samotności olbrzymiej ziemi, i przebywała tam od lat i na zawsze. Jej suknia rozpadła się i płatki materii mieszały się z suchymi kośćmi, a kosmyk włosów, który wyślizgiwał się na policzek nad kuchenną płytą, przylegał do trupiej czaszki. A równocześnie była przy nim taka sama jak wtedy, kiedy wchodziła w wodę rzeki i w tej równoczesności zawierało się poznanie innego czasu niż ten, jaki jest nam zwyczajnie dostępny”.

 

Miguel de Cervantes – „Przemyślny Don Kichot z Manczy”

 

Jest to jedno z najwybitniejszych i najpopularniejszych dzieł literatury światowej. Powieść ukazuje, jak szlachcic hiszpański pod wpływem lektury romansów rycerskich doznaje pomieszania zmysłów i nazwawszy się Don Kichotem, rusza w świat szukać przygód. Zabiera ze sobą wieśniaka Sanczo Pansę, którego czyni swoim giermkiem, natomiast spotkaną przypadkiem wieśniaczkę nazywa Dulcyneą z Toboso i uznaje za damę swego serca. Powieść jest parodią i krytyką romansów, niezwykle wówczas popularnych. Bohater bierze elementy rzeczywistości realnej za postacie, zjawiska i rzeczy znane z lektury (w wiatrakach widzi np. olbrzymów). Jest to jedno ze źródeł komizmu powieści. Książka ukazuje także konfrontację postawy idealisty, jakim jest tytułowy bohater, ze zdroworozsądkowym realizmem reprezentowanym przez Sancza. W drugiej części powieści Don Kichot nie jest już tylko naiwnym błędnym rycerzem, lecz przede wszystkim człowiekiem zgorzkniałym i rozczarowanym. Pisarz stworzył jednego z najciekawszych bohaterów w dziejach literatury światowej, w którym każda epoka może znaleźć coś innego. Zwłaszcza w XIX i XX wieku stał się on bohaterem pozytywnym i tragicznym zarazem, który nie chce przyjąć do wiadomości prozaicznych ograniczeń narzucanych przez rzeczywistość i uparcie dąży do wymarzonego celu, gotów samotnie walczyć ze złem w imię miłości i sprawiedliwości.

Cytaty z książki:

„W rezultacie rozum straciwszy wpadł na najdziwaczniejszy pomysł jaki by kiedykolwiek w świecie największemu szaleńcowi przyszedł do głowy. Uroił sobie, że stosowne i konieczne jest dla blasku jego sławy oraz dla służby państwu zostać błędnym rycerzem, wyruszyć w szeroki świat, konno i zbrojnie w poszukiwaniu przygód i dokonywać tych wszystkich czynów, jakich dokonują błędni rycerze, o których czytał; naprawiając wszelakiego rodzaju krzywdy, narażając się na przygody i niebezpieczeństwa i wychodząc z nich zwycięsko, zdobyć imię nieśmiertelne i sławę. Nieborak wyobrażał sobie, że dla dzielności ramienia, co najmniej już go cesarzem Trebizondy ukoronują; upojony tak rozkosznymi rojeniami, uwiedziony ich niezwykłą przynętą, co prędzej zabrał się do wprowadzenia w czyn swych zamysłów”.

 

Mary Shelley – „Frankenstein”

 

Powieść przedstawia dzieje Wiktora Frankensteina z Genewy, który podjął studia na uniwersytecie w Ingolstadt. Zainteresowany początkowo alchemią, szybko oddał się naukom przyrodniczym. Obserwacje procesu rozkładu doprowadziły go wkrótce do odkrycia tajemnicy życia i uzyskania mocy ożywiania materii. Główny bohater decyduje się na przekroczenie granicy życia i śmierci. Postanawia stworzyć ludzką istotę. Przerażony obliczem ożywionego stwora, ogarnięty grozą i wstrętem, ucieka od niego, skazując go na odtrącenie przez wszystkich ludzi. Stworzony „człowiek” jest bardzo nieszczęśliwy, samotny, nie potrafi nawiązać kontaktu z drugim człowiekiem, nie potrafi zaspokoić swoich podstawowych ludzkich pragnień: miłości, bliskości, przyjaźni. Naukowiec nie przewidział konsekwencji swojego czynu, bezprawnie wkroczył tam, gdzie nie powinien.

Cytaty z książki:

„Litowałem się nad Frankensteinem. Uczucie litości tak mnie gnębiło, że począłem patrzeć na siebie z najwyższym wstrętem i zgrozą. Ale kiedy się dowiedziałem, że on, sprawca mojego istnienia i zarazem mojej niewypowiedzianej męki, śmie marzyc o szczęściu, kiedy uświadomiłem sobie, że podczas gdy on sprowadził na mnie rozpacz i nieszczęście, dla siebie samego szuka zadowolenia w uczuciach miłości i przywiązania, które mnie na zawsze były wzbronione, wtedy bezsilna zazdrość i najgwałtowniejsze oburzenie wzbudziły w mej duszy nienasyconą żądzę zemsty. Wspomniałem swą groźbę i postanowiłem ją wykonać. Wiedziałem, że przez to gotuję sobie śmiertelne tortury, lecz byłem tylko niewolnikiem, a nie panem tego gwałtownego impulsu, który był mi wstrętny, ale któremu musiałem być posłuszny”.

„Nie szukam niczyjego współczucia w mojej nieszczęsnej doli. Nie znajdę zrozumienia u nikogo. Gdy szukałem go kiedyś, na początku, chodziło mi o to, by dzielić z kimś owo wielkie umiłowanie cnoty oraz uczucie szczęścia i miłości, jakie przepełniało całe moje jestestwo. Lecz teraz, kiedy cnota stała się dla mnie tylko marnym cieniem, a szczęście i miłość obróciły się w gorycz i najstraszliwszą rozpacz, czy posiadam jeszcze coś, co by mi zjednało czyjąś sympatię?”

 

Hanna Zborowska – „Humor w genach”

 

Autorka, siostra Jana Kobuszewskiego i matka Wiktora Zborowskiego, artystka-malarka i pracownik Państwowej Akademii Nauk w jednej osobie, napisała wspomnienia z młodości sięgające dwudziestolecia międzywojennego, czasów okupacji niemieckiej i lat tużpowojennych. Lekkość pióra, żart, słowny dowcip w połączeniu z życzliwością dla świata tworzą niezwykle ciepły klimat tej wyjątkowej książki. Tak o wspomnieniach pisarki wypowiedziała się Stefania Grodzieńska: „…Modne jest pisanie autobiografii i rodzinnych sag. Niegdyś bardzo je lubiłam, bo zawsze interesowały mnie fakty, a nie coś, co sobie ktoś wymyślił. Ostatnio jednak gatunek ten obrzydziły mi: ponura martyrologia i łzawe wspomnienia. I oto wśród tych lamentów znalazłam rodzynek. Pani Hanna Zborowska napisała „Humor w genach”. Jest to saga rodzinna, nie da się ukryć. Jak każda rodzina, ta również przeżywała lepsze i gorsze czasy. Autorka potrafiła wszystko opowiedzieć dowcipnie, bez wygłupów, bez starych anegdot, po prostu z poczuciem humoru. Jak mogło być inaczej, jeżeli na tym drzewie genealogicznym siedzą i Jan Kobuszewski i Wiktor Zborowski?”

Cytaty z książki:

„I znów następnego dnia stałam bezradnie przed czarną tablicą, po której skakały zwariowane „niewiadome”: iksy, igreki, alfy, bety, ułamki, nawiasy i nic niemówiące mi wzory. Stałam i bez entuzjazmu słuchałam cierpkiego monologu profesora Mieczysława Oleszkiewicza, przyszłego wykładowcy na Politechnice Warszawskiej. Pan profesor mówił cicho, z kresowym akcentem i na pozór łagodnie, ale każde jego słowo było zatrutym sztyletem.

- Ot i posłuchajcież panie… ja mam przyjaciela… tak on naucza, znaczy sia, u niedorozwiniętych… a jemuż lżejsze życie niż mni z paniami w ty żeński humanistyczny licei… Ot i nie przymierzając panna Kobuszewska… oj, pożal si Boże. – Tu pełne obrzydzenia spojrzenie skierował na mnie. – A tu matury tylko patrzyć, tylko patrzyć – dodawał en passant.

Ten sam profesor uwieńczył moje zmagania trygonometryczne taką oto „szarmancką” dedykacją w zeszycie: „Taż pani jesteś kompletna idiotka”. Słowo „pani” napisał przez duże „P”, z szacunkiem. I nie postawił żadnego stopnia. Najwidoczniej uważał, że pała byłaby przesadnie wygórowaną oceną moich matematycznych umiejętności. A gdy w 1939 roku dobrnęłam do progu matury, zacny pan profesor wezwał na rozmowę moją starszą siostrę – wówczas już studentkę – i otworzył przed nią swoje biedne, skołatane, matematyczne serce. Był widocznie głęboko przekonany o moim szaleństwie, skoro odbył z Marysią taką oto naradę”.

 

Wiktor Hugo – „Katedra Marii Panny w Paryżu”

 

Akcja tej powieści rozgrywa się w późnym średniowieczu w słynnej paryskiej katedrze Notre-Dame. Znana na całym świecie powieść historyczna opowiada historię niezwykłego uczucia. Dramatyczne i niezwykłe wydarzenia wynikają z miłości, jaką piękną cygankę Esmeraldę darzą demoniczny archidiakon Frollo, kapitan Febus i garbaty dzwonnik Quasimodo. Dzwonnik najpierw porywa dziewczynę na rozkaz księdza, a następnie, poznawszy jego występne zamiary, broni jej przed fałszywymi zarzutami o zbrodnie i czary, chroniąc w świątyni. Esmeralda zostaje jednak pojmana i stracona. Quasimodo zabija sprawcę jej śmierci Frolla i sam umiera przy ciele ukochanej.

Cytaty z książki:

„Co się zaś tyczy tajemniczego zniknięcia Quasimodo – oto, co udało się nam ustalić. W niespełna dwa lata czy też w półtora roku po wydarzeniach zamykających niniejszą opowieść […] znaleziono wśród tych straszliwych szczątków dwa szkielety: jeden z nich trzymał drugi w jakimś niezwykłym objęciu. Jeden z tych dwu szkieletów, który był szkieletem kobiecym, miał jeszcze na sobie strzępy sukni z materiału niegdyś białego, a na szyi jego widniał naszyjnik z ziarenek azedarachu z jedwabnym woreczkiem, ozdobionym zielonym szkiełkiem. Woreczek był otwarty i pusty. Te przedmioty warte były tak niewiele, że najwidoczniej kaci nie połakomili się na nie. Drugi szkielet, silnie obejmujący tamten, był szkieletem mężczyzny. Zauważono, że ma skrzywiony kręgosłup, głowę wsuniętą między łopatki i jedną nogę krótszą od drugiej. Żaden z kręgów szyi nie był złamany, z czego wynikało, że mężczyzna nie został powieszony. Człowiek, do którego należał ów szkielet, musiał więc przyjść tutaj i tutaj umrzeć. Kiedy próbowano odłączyć go od szkieletu, który trzymał w uścisku, rozsypał się w proch”.

 

Fiodor Dostojewski – „Łagodna”

 

Tematem noweli jest historia nieszczęśliwego małżeństwa dwojga niedobranych ludzi, młodej, pięknej dziewczyny i starszego od niej lichwiarza, który wykorzystując jej ubóstwo, kupił ją od starych ciotek. Nieufność, coraz częstsze nieporozumienia, próby uniezależnienia się „łagodnej”, coraz ostrzejsze konflikty, wreszcie narastająca nienawiść i poczucie krzywdy prowadzą dziewczynę do samobójstwa. Cały dramat opowiedziany został w pierwszej osobie przez rozpamiętującego go starego mężczyznę. Historia, podobnie jak wiele innych utworów Dostojewskiego, rozgrywa się w Petersburgu i nasączona jest do głębi rosyjską kulturą i obyczajowością. Autor skupił się na brutalnej, ciemnej stronie życia, gdzie niszczone były wszelkie przejawy dobroci i uczciwości. W „Łagodnej” romantyzm przegrywa bowiem z okrutną rzeczywistością bezdusznego XIX-wiecznego społeczeństwa, przenoszącą się również na najintymniejsze relacje międzyludzkie. Błędem byłoby poprzestanie na kategorycznym potępieniu męża. Jest to raczej postać nieszczęśliwa – w potocznym, czysto ludzkim sensie, i tragiczna – w klasycznym znaczeniu tego słowa. Nieszczęśliwa i tragiczna – podobnie jak małżeństwo, o którym od samego początku czytelnik może pomyśleć jako o fatalnym splocie losów obojga bohaterów.

Cytaty z książki:

„Podszedłem wprost do niej i usiadłem obok na krześle; byłem jak niespełna rozumu. Ona obrzuciła mnie szybkim spojrzeniem, jakby przeląkłszy się; ująłem jej dłoń i nie pamiętam, co powiedziałem, to jest, co chciałem powiedzieć, gdyż nie byłem zdolny mówić dorzecznie. Głos mi się załamywał i odmawiał posłuszeństwa. A zresztą nie wiedziałem, co powiedzieć, i tylko krztusiłem się.

- Porozmawiajmy… wiesz… powiedz cokolwiek! – nagle wybąkałem głupawo; och! alboż mi w głowie były mądrości? Ona znowu drgnęła i odsunęła się, mocno wystraszona spojrzała na moją twarz, lecz nagle w jej oczach odmalowało się surowe zdziwienie. Tak, zdziwienie, surowe. Patrzyła na mnie rozszerzonymi oczyma. Ta surowość, to surowe zdziwienie, z miejsca mnie zdruzgotały: „Więc chcesz jeszcze miłości? Miłości? – wystąpiło w tym jej zdziwieniu pytanie, chociaż trwała w milczeniu. Lecz ja wszystko odczytałem. Zatrząsłem się cały i przypadłem do jej nóg. Tak, runąłem do jej nóg. Poderwała się gwałtownie, ale bardzo mocno przytrzymałem jej obie ręce.

I pojmowałem, ach pojmowałem w pełni własną rozpacz!”

 

Mark Twain – „Pamiętniki Adama i Ewy”

 

Utwór opowiada o pierwszym biblijnym spotkaniu kobiety i mężczyzny. Związek dwojga ludzi nie jest tu czymś oczywistym. Początkowe wspomnienia pierwszych ludzi opowiadają o rajskiej egzystencji i wskazują na pewne ich zagubienie. Adam wydaje się tęsknic za wcześniejszą samotnością. Z zaciekawieniem przygląda się Ewie, ale nie chce traktować jej inaczej niż innych otaczających go stworzeń. Ewa analizuje od samego początku sens i cel życia. Dostrzega swe powołanie do dzielenia losów z drugą osobą. Choć z pewnym dystansem traktuje siebie i „drugi Eksperyment”, to dąży do tego, aby porozumieć się z Adamem, nawiązać z nim kontakt i nie czuć się samotną. Tak się zaczęła ta burzliwa historia kobiety i mężczyzny, która trwa do dziś i nie przestaje ludzi zdumiewać…

Cytaty z książki:

„To nowe stworzenie z długimi włosami bez przerwy mi przeszkadza. Ciągle za mną łazi. Nie podoba mi się to – nie przywykłem do towarzystwa. Chciałbym, żeby trzymało się pozostałych zwierząt… Mamy dziś pochmurny dzień, wiatr wieje ze wschodu, myślę, że czeka nas ulewa… Nas? Skąd przyszło mi do głowy to słowo? Ach, pamiętam, to nowe stworzenie stale go używa! […] Zbudowałem sobie schronienie przed deszczem, ale nawet tam nie zaznałem spokoju. Nowe stworzenie wdarło się do środka. Kiedy próbowałem się go pozbyć, zaczęło wylewać wodę otworami, przez które patrzy, wycierać ją wierzchem swych łap i wydawać takie odgłosy jak zranione zwierzę. Chciałbym, żeby wreszcie zamilkło – ciągle gada! […] Zaczęła zaklinać mnie, abym przestał wyprawiać się nad wodospad. A niby czemu? Mówi, że przyprawia ja to o dreszcze. Zastanawiam się, dlaczego. Zawsze to robiłem – zawsze lubiłem się kąpać, lubiłem dreszczyk emocji i chłód wody. Myślę, że właśnie po to jest nasz Wodospad. O ile wiem, nie ma żadnego innego zastosowania, a przecież na pewno został stworzony w jakimś celu. Ona twierdzi, że powstał dla ozdoby – tak jak nosorożce i mastodonty. Spłynąłem z wodospadu w beczce – nie była zadowolona. Wypróbowałem więc balię – to też jej się nie spodobało. Przepłynąłem wiry i progi rzeczne w stroju z liści figowych. Niewiele z niego zostało. Od tego czasu zamęcza mnie nudnymi narzekaniami na moją ekstrawagancję. Bez przerwy mi przeszkadza. Potrzebuję zmiany otoczenia. We wtorek w nocy uciekłem. Szedłem dwa dni, po czym zbudowałem nowe schronienie w odległym miejscu. Zacierałem ślady najlepiej, jak potrafiłem, ale ona wytopiła mnie za pomocą bestii, którą oswoiła i nazwała wilkiem. Znowu zaczęła jęczeć jak ranione zwierzę i wylewać wodę z otworów, którymi patrzy. Musiałem więc z nią wrócić, jednak znów ucieknę, gdy tylko nadarzy się okazja…”

 

Oskar Wilde – „Portret Doriana Graya”

 

Akcja powieści rozgrywa się w XIX w. w Londynie. Głównym bohaterem jest tytułowy Dorian Gray. Pewnego dnia zafascynowany jego urodą malarz Bazyli maluje jego portret. Dorian wypowiada przed nim życzenie, by zawsze pozostać młodym i tak się dzieje. Główny bohater nie starzeje się, natomiast twarz mężczyzny na portrecie zmienia się z dnia na dzień. Dorian odkrywa, że zło, które popełnia, odciska swoje piętno nie na jego twarzy, ale na portrecie. Staje się bezkarny, stopniowo zaczyna niszczyć ludzi, którzy znajdują się wokół niego. Pierwszą jego ofiarą jest zakochana w nim dziewczyna. Kiedy ją porzuca, zrozpaczona popełnia samobójstwo. Jego przyjaciel Bazyli zaczyna rozumieć zło, które dzieje się na jego oczach. Próbuje tłumaczyć Dorianowi, by zmienił swoje życie. Wierzy, że główny bohater może jeszcze stać się dawnym człowiekiem. Podczas tej rozmowy Dorian w niekontrolowanym ataku nienawiści zabija malarza. Po tym czynie coraz bardziej pogrąża się w grzechu, przestaje siebie kontrolować. Jest bardzo nieszczęśliwy, nie może wrócić do dawnego życia i nie potrafi już żyć tak dalej. Postanawia zniszczyć obraz, ponieważ uważa, że wtedy stanie się wolny. Wówczas role się odwracają. Okazuje się, że obraz to on. Wbijając nóż w płótno, wbił go sobie we własne serce. Kiedy zmarł, jego twarz odzwierciedlała całe zło, które popełnił w życiu. Okazało się, że żaden człowiek nigdy nie może uciec od odpowiedzialności za swoje czyny. Fascynacja złem jest drogą wiodącą do zatracenia człowieczeństwa.

Cytaty z książki:

„Dziewczynie, w której rozpalił miłość ku sobie, mówił, że jest biedny, a ona mu wierzyła. Raz jej powiedział, że jest złym człowiekiem, a ona zaśmiała się w odpowiedzi, twierdząc, że źli ludzie są zawsze bardzo starzy i bardzo brzydcy. Jak ona się umiała śmiać! Przypominała śmiechem swym śpiew kosa. A jaka była śliczna w swych bawełnianych sukienkach i dużych kapeluszach! Nic nie wiedziała, ale posiadała wszystko, co on utracił. […] O, w jakże przeklętej chwili dumy i zaślepienia modlił się, by portret nosił brzemię jego dni, on zaś zachował nieskażony wdzięk wiecznej młodości! Wszystkie jego błędy stąd pochodziły. Lepiej byłoby, gdyby każdy grzech jego życia sprowadził był szybką, pewną karę. W karze było oczyszczenie. Modlitwa człowieka do Boga sprawiedliwego nie powinna brzmieć:      „I odpuść nam nasze winy”, lecz: „Karz nas za nasze przewinienia”

 

Margaret Mitchell – „Przeminęło z wiatrem”

 

Książka przedstawia epicki obraz amerykańskiego Południa w drugiej połowie XIX w. i na jego tle burzliwe losy głównej bohaterki. Scarlett O’Hara pochodzi z rodziny zamożnych plantatorów z Georgii. Jej życie przypada na lata wojny secesyjnej, która zrujnowała świat jej młodości, a rodzinę wpędziła w trudną sytuację materialną. Na wojnie zginęli też jej dwaj mężowie. Celem Scarlett staje się odbudowa i utrzymanie rodzinnego majątku - Tary. Wychodzi za mąż po raz trzeci, ale to małżeństwo – z Rettem Butlerem, szczerze kochającym ją mężczyzną o nienajlepszej reputacji – rozpada się z powodu trwającego wiele lat zauroczenia Scarlett Ashleyem Wilkesem. Bohaterka zbyt późno uświadamia sobie, że jej prawdziwą miłością i przeznaczeniem jest Rett. Książka nie jest tylko historią miłości. Utrwala także model życia, hierarchię wartości, obyczaje i ludzkie losy amerykańskiego Południa. Powieść jest na całym świecie uznawana za literacki bestseller wszech czasów.

Cytaty z książki:

„- Scarlett, nigdy nie lubiłem cierpliwie zbierać połamanych kawałków i zlepiać ich razem, i wmawiać sobie, że sklejona całość jest równie ładna jak nowa. Co jest złamane – zostanie złamane – i wolę wspominać to takim, jakim było w najlepszych chwilach, niż sklejać i przez całe życie patrzeć na ślady połamań. Może, gdybym był młodszy… - westchnął. – Jestem jednak za stary, aby wierzyć w tak sentymentalne brednie jak zmazywanie win i zaczynanie od początku. Jestem za stary, aby dźwigać ciężar starych kłamstw, które towarzyszążyciu w uprzejmej ułudzie. Nie mógłbym żyć z tobą i okłamywać ciebie. Z pewnością zaś nie potrafiłbym okłamywać samego siebie. Nawet teraz nie mogę ci skłamać. Bardzo bym chciał, aby obchodziło mnie więcej to, co zrobisz i dokąd pójdziesz, ale nie mogę się tym przejąć.

Zaczerpnął oddechu i powiedział lekko, ale łagodnie:

- Kochanie, nic mnie to nie obchodzi”.

 

EmilyBronte – „Wichrowe wzgórza”

 

Powieść opowiada o dramatycznych losach ludzi szarpanych namiętnymi uczuciami miłości i nienawiści. Trzy pokolenia ziemiańskiej rodziny z Yorkshire uwikłane są w skomplikowane intrygi, których osią są działania Heathcliffa, podrzutka wychowywanego od dziecka w rodzinie Earnshow. Kocha on Katarzynę, nienawidzi zaś jej brata. Ślub dziewczyny z sąsiadem nie stanowi dla nich przeszkody, nie chcą bowiem i nie potrafią opanować swych uczuć. Po śmierci rodzeństwa Heathcliff podobnymi metodami próbuje wpływać na losy ich – i swojego potomstwa. Umiera znienawidzony przez wszystkich, dręczony swymi obsesjami i marzeniami. Główny bohater to portret demonicznego złoczyńcy, bohater w typie romantycznym, którego uczucia stawiają poza moralnością i normami społecznymi. Z intensywnością ukazywanych namiętności i przerysowanymi sylwetkami bohaterów koresponduje sceneria – ponure i tajemnicze wrzosowiska. Książka jest skrzyżowaniem elementów powieści wiktoriańskiej z melodramatem i powieścią grozy.

Cytaty z książki:

„Pewnego popołudnia pan Hindley wyszedł z domu, wobec czego Heathcliff postanowił zrobić sobie wolne. Miał wtedy chyba szesnaście lat. Choć był wcale przystojny i nie brakowało mu rozumu, starał się stwarzać wrażenie osoby fizycznie i moralnie odstręczającej, z czego dziś w jego postawie nie ma śladu. Przede wszystkim utracił wtedy wszystko, co dało mu otrzymane w dzieciństwie wychowanie. Nieustanna, męcząca praca od świtu do nocy zabiła w nim ciekawość wiedzy oraz umiłowanie książek i nauki. Zniknęło poczucie wyższości, jakie w dzieciństwie wznieciły weń łaski starego pana Earnshaw. Długo zacinał zęby, żeby dorównać Catherine w nauce, lecz wreszcie – z bólem, którego po sobie nie okazywał – dał za wygraną. Poddał się bez reszty, uznawszy chyba, że skoro ma być gorszy, to już lepiej stoczyć się na samo dno. Do degrengolady umysłowej dostroił się wygląd zewnętrzny. Heathcliff bowiem zaczął powłóczyć nogami i przybrał prostacki wyraz twarzy. Jego nietowarzyskość przerodziła się w jakieś obłąkane i ponure samotnictwo. Wydawało się też, że woli wzbudzać w otoczeniu odrazę niż szacunek. Wszystkie wolne od pracy chwile nadal spędzał w towarzystwie Catherine”.

 

Czesław Miłosz – „Zniewolony umysł”

 

Książka zawiera analizę postaw intelektualistów polskich wobec stalinizmu. Narzucony po II wojnie światowej w Polsce i w innych krajach ustrój to według Miłosza spełnienie katastroficznej wizji S. I. Witkiewicza z „Nienasycenia”. Ideologię komunistyczną porównuje on z zapewniającymi spokój i pogodę ducha pigułkami Murti-Binga. Dostrzega przyczyny ułatwiające przyjęcie tej ideologii przez szerokie kręgi społeczeństwa (np. tragiczne doświadczania wojenne). Ze strony wielu intelektualistów była to jednak – pomijając zwykły strach i oportunizm – swoista gra z publicznością, kolegami, z własnymi fobiami i kompleksami (Ketman). Ilustracją tego są wizerunki czterech pisarzy oznaczonych greckimi literami: Alfa (z żarliwego katolika stał się wojującym marksistą), Beta (po przeżyciu obozu koncentracyjnego stał się zdeklarowanym nihilistą), Gamma (niewolnik dziejów, komunista już przed wojną) i Delta (trubadur, poeta zawsze potrzebujący hojnego mecenasa). W portretach tych łatwo dostrzec następujących pisarzy: J. Andrzejewskiego, T. Borowskiego, J. Putramenta i K. I. Gałczyńskiego. Książka Miłosza była jedną z pierwszych prób charakterystyki stalinizmu i wyjaśnienia, dlaczego był on tak szybko i łatwo akceptowany przez elity intelektualne.

Cytaty z książki:

„W roku 1932 w Warszawie ukazała się dziwna książka. Była to dwutomowa powieść pt. „Nienasycenie”. Autorem jej był S. I. Witkiewicz, filozof, malarz i pisarz. […] Bohaterowie tego utworu są nieszczęśliwi, gdyż brak im jakiejkolwiek wiary i poczucia sensu ich działalności. Ta atmosfera bezwładu i bezsensu rozpościera się nad całym krajem. Wtedy to pojawia się w miastach duża ilość przekupniów sprzedających w sekrecie pigułki Murti-Binga. Murti-Bing był to mongolski filozof, któremu udało się wyprodukować środek przenoszący „światopogląd” drogą organiczną. Ów „światopogląd” Murti-Binga, który zresztą stanowił siłę armii mongolsko-chińskiej, był zawarty w pigułkach w formie niejako skondensowanej”.

 

George Orwell – „Rok 1984”

 

Książka jest znaną na całym świecie antyutopią. Zawiera ponurą wizję społeczeństwa, które zostaje poddane wymyślnemu terrorowi psychicznemu i fizycznemu. Ukazane w powieści państwo rządzone jest przez potężny zbiurokratyzowany aparat. Głównym tematem powieści jest sugestywna i przerażająca wizja przyszłości świata podzielonego na trzy mocarstwa: Eurazję, Oceanię i Wschódazję. Orwell przenosi czytelników do utopijnego państwa Wielkiego Brata. Władza należy do „kapłanów władzy”, skupionych w Partii, wokół osoby Wodza i Strażnika Rewolucji, czyli Wielkiego Brata, którzy stosowali wieczny terror. Przyszłość  świata widzieli symbolicznie jako „but wiecznie depczący ludzką twarz”. Na aparat rządzący składały się cztery ministerstwa: Prawdy (zajmowało się fałszowaniem przeszłości), Miłości (pilnowało porządku przy pomocy Policji Myśli, stosowało terror fizyczny i psychiczny), Obfitości (zajmowało się przydziałami kartek), Pokoju (prowadziło ciągłe wojny). Członkowie Partii posługiwali się licznymi sloganami: Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła. Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość. Wielki Brat patrzy. Główny bohater, Winston Smith, dopuszcza się poważnego występku – pisze pamiętnik i przeżywa romans z Julią. Zostaje zdemaskowany, aresztowany, po serii przesłuchań i tortur wyrzeka się ukochanej i zaczyna kochać Wielkiego Brata.

Cytaty z książki:

„Dwójmyślenie oznacza przede wszystkim umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz. […] Dwójmyślenie to w gruncie rzeczy kwintesencja angsocu, ponieważ cała działalność Partii sprowadza się do głoszenia wierutnych kłamstw z takim przekonaniem i pewnością siebie, jakie normalnie cechują ludzi kryształowo uczciwych. Kłamać z pełną premedytacją, a jednocześnie głęboko wierzyć we własne słowa, zapominać niewygodne fakty, po czym, gdy zachodzi konieczność, przywoływać je z niebytu na tak długo, jak trzeba, negować istnienie obiektywnej rzeczywistości, a zarazem kierowaćsię nią – to wszystko musi umieć każdy. […] Kłamstwo bezustannie o krok wyprzedza prawdę. Jednakże to właśnie dzięki dwójmyśleniu partii udało się – a stan ten może równie dobrze trwaćprzez tysiąc lat – zatrzymać bieg historii”.

 

Fiodor Dostojewski – „Zbrodnia i kara”

 

W tej filozoficzno-psychologicznej powieści wątek morderstwa, śledztwa i kary służy przekazaniu doniosłych prawd moralnych. Student Rodion Raskolnikow zabija siekierą starą lichwiarkę. Jego zbrodnia ma aspekt doktrynalny – wynika z przeświadczenia, że jednostka wybitna (a za taką się uważa) ma prawo naruszyć zasady prawne i moralne i może w imię wyższych celów popełnić zbrodnię. Pomimo tak racjonalnej argumentacji dręczą go wyrzuty sumienia, a sędzia śledczy Porfiry Piotrowicz z żelazną logiką demaskuje tok jego rozumowania. Nakłoniony przez Sonię przyznaje się do zbrodni. Zostaje skazany na katorgę. Tam – o czym dowiadujemy się z epilogu – przechodzi przełom duchowy. Racje Raskolnikowa to racje rozumu, który zatracił porządek moralny i metafizyczny. Przeciwieństwem jego jest Sonia, której ewangelicznej dobroci bohater zawdzięcza odrodzenie moralne.

Cytaty z książki:

„Nagle okazało się, że tuż przy nim jest Sonia. Podeszła po cichutku i usiadła obok niego. Było bardzo wcześnie, poranny chłód jeszcze nie ustąpił. Miała na sobie ten swój ubożutki, stary burnusik i zieloną chustę. Twarz jej wciąż jeszcze nosiłaślady choroby, była bowiem jakby zapadnięta w sobie, chudsza i bledsza niż zazwyczaj. Serdecznie i radośnie uśmiechnęła się do niego, ale jak to już przyzwyczajona była czynić, rękę wyciągnęła doń nieśmiało. […] Jak to się stało, sam nie wiedział, lecz nagle coś jakby go pochwyciło i rzuciło do jej stóp. Płacząc, obejmował jej kolana. W pierwszej chwili straszliwie się wystraszyła i twarz jej zmartwiała. Zerwała się z miejsca i drżąc, patrzyła na niego. Natychmiast jednak, w tejże samej chwili, wszystko pojęła. W jej  oczach zajaśniało bezgraniczne szczęście; zrozumiała i nie miała już wątpliwości, że on ją kocha, kocha nieskończenie i że nadeszła wreszcie ta chwila. […] Wieczorem tego dnia, gdy już zamknięto kazarmy, Raskolnikow leżał na pryczy i myślał o niej. Tego dnia zaczęło mu się równieżwydawać, że wszyscy katorżnicy, jego niedawni wrogowie, zaczęli jakby inaczej na niego patrzeć”.

 

Jacek Hugo-Bader – „Dzienniki kołymskie”

 

Autor książki jest dziennikarzem, który jedzie na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Napisał: „Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach… Gdy ląduję w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI”.

Cytaty z książki:

„Chcę przebyć tę drogę. To całkowicie niedostępny, dziki albo raczej zdziczały kraj (trochę jak nasze Bieszczady po drugiej wojnie), z siedzibami ludzkimi co kilkadziesiąt, a czasem kilkaset kilometrów. […] Jedyny sposób pokonania tej trasy to autostop. Jazda solidnymi, ale topornymi ciężarówkami rosyjskiej produkcji: kamazami, uralami i krazami, zwanymi potocznie błotochodami. […] Starzy ludzie mówią, że ta droga to najdłuższy cmentarz świata. Policzyłem, że gdyby wszystkie ofiary kołymskich łagrów epoki Stalina położyć jedna za drugą, toby się na niej nie zmieściły. […] Tak zwana „pojemność” 160 obozów Kołymy to dwieście tysięcy ludzi (tyle jednorazowo mogło w nich przebywać). To byli ludzie, których władza radziecka wysłała na daleką Północ na zatracenie i już nigdy nie chciała ich oglądać. Mieli tam wyginąć. Pierwszą zimę z 1932 na 1933 rok przeżył co piąty łagiernik. Komu kończył się wyrok, pod byle pretekstem dostawał następny i wracał w zaboj, na wyrobisko, na przodek w swojej kopalni złota albo zostawał przesiedziałym, czyli więźniem, który po odsiedzeniu swojego terminu, swojej pajdy nie był zwalniany z łagru na przykład aż do końca wojny, chociaż nie było nawet jednego ekonomicznego powodu, żeby tam był. Każdą wykonywaną przez więźniów pracę ludzie wolni mogli wykonać taniej i lepiej. Osobliwe, że po rosyjsku słowo „zaboj” znaczy także – „ubój” (w sensie bydła, trzody chlewnej). Tak oto NKWD starało się połączyć ze sobą dwa sprzeczne zamierzenia: Jak największego wydobycia złota z jak najszybszą eksterminacją ludzi uznanych przez bolszewików za wrogów”.

 

Ilja Erenburg – „Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca”

 

Książka jest satyryczno-groteskową opowieścią o losach ubogiego żydowskiego krawca żyjącego w porewolucyjnej Rosji. Pomimo doświadczenia życiowego i zdrowego rozsądku wpada on nieustannie w kłopoty i zawsze przegrywa. Próbuje z mozołem, ale na ogół bezskutecznie, znaleźć sobie miejsce w nowym społeczeństwie. Utwór jest wymownym obrazem losów szarego człowieka uwikłanego w nie zawsze dla niego zrozumiałe wydarzenia.

Cytaty z książki:

„- Dokąd ty ich popychasz? Do piekła. W piekle zaś są patentowane okropności. Jednych tam gotują, innych pieką, jeszcze innych wieszają za języki. Naturalnie, o ile ci się to podoba, to możesz sobie tańczyć nawet na godzinę przed wskoczeniem do ukropu. Ale ja będę studiował Talmud, żeby się dostać wprost do raju. Tam zawsze jest ciepło, ani zimno, ani gorąco, równa temperatura, dobre towarzystwo, czyli wszędzie same anioły; wszyscy siedzą sobie w złotych koronach i czytają Torę. Róże są tam bez kolców, a drzewa bez gąsienic, na drodze zaś ani jednego łańcuchowego psa. Czyż wiec naprawdę nie chciałbyś się dostać do tego raju?

Cadyk tylko się sobie uśmiecha:

- Nie. Ja oczywiście jestem ci wdzięczny za mądre rady, ale nie pragnę tego gotowego raju. Według mnie tam mogą żyć jedynie anioły, ponieważ one nie są ludźmi, nie mają ani serca, ani wątroby, ani namiętności. Człowiek zaś wcale nie powinien się bać upadku. Jakim sposobem mógłby się wznosić wzwyż, gdyby nigdy nie upadał? Opowiedziałeś mi o jakimś obcym mi raju. To nie jest mój raj, mego raju w ogóle jeszcze nie ma, ja go jeszcze nie zrobiłem, a patrzeć na ładne obrazki wcale nie mam chęci. Gdy będę się dużo śmiał, dużo płakał i dużo kochał, to cóż, możliwe, że wówczas na krawędzi grobu ujrzę mój skrwawiony raj”.

 

Robert Louis Stevenson – „Doktor Jekyll i pan Hyde”

 

Książka jest pełną  grozy i tajemnic opowieścią o niezwykłym eksperymencie. W sensie metaforycznym opowiada o dwoistości ludzkiej natury. Prawdę poznajemy stopniowo dzięki relacjom kilku osób. Ogólnie szanowany doktor Henry Jekyll, pragnąc rozdzielić obecne w człowieku pierwiastki dobra i zła, materializuje za pomocą odpowiednio spreparowanego w laboratorium leku swe złe skłonności w postaci demonicznego pana Hyde’a. Przez dłuższy czas prowadzi bez specjalnych trudności podwójne życie, ale stopniowo traci kontrolę i zaczyna zmieniać się w Hyde’a wbrew swej woli. Po pewnym czasie brakuje mu niezbędnych chemikaliów. Hyde popełnia morderstwo i jest ścigany. Jekyll popełnia samobójstwo, wyjawiając w liście prawdę o swej podwójnej egzystencji. Powieść daje możliwość różnorodnych interpretacji. Widziano w niej m.in. Przedfreudowskie przeciwstawienie ego i libido, ale też refleksję moralną – o konieczności panowania nad swymi złymi skłonnościami i poskramiania ich.

Cytaty z książki:

„Nadszedł czas wyboru. Moje wcielenia miały wspólną pamięć; inne cechy obdzielały je nierówno. Jekyll (istota złożona) uczestniczył w wybrykach i przygodach Hyde’a – niekiedy z dreszczem strachu, kiedy indziej zaś pełen radości. Natomiast Hyde nie dbał o Jekylla; jeżeli pamiętał o nim, to jak rozbójnik z gór wspomina pieczarę, w której chroni się przed pościgiem. Jekyll odczuwał troskę więcej niż ojcowską, Hyde – obojętność więcej niż synowską. Wcielenie się w Jekylla oznaczałoby dla mnie rezygnację z zachcianek, jakim od dawna pobłażałem, ostatnio zaś ulegałem coraz bardziej. Wcielenie się w Hyde’a – rezygnację z licznych zainteresowań, ambicji, a zarazem dożywotnią samotność i wzgardę całego świata”.

 

 

Henry James – „Dom na placu Waszyngtona”

 

Treścią książki są dzieje nieszczęśliwej miłości bogatej córki wziętego nowojorskiego lekarza do młodego człowieka goniącego za posagiem. Pod wpływem życiowych nieszczęść niezbyt urodziwa i pozbawiona własnej osobowości dziewczyna przemienia się w dojrzałą, samodzielnie myślącą kobietę. Historia jej znajomości z Maurycym Townsendem to pasmo ogromnych cierpień, ale paradoksalnie to właśnie one doprowadziły do tego, że dziewczyna dojrzała wewnętrznie i stała się kobietą samodzielnie decydującą o własnym losie. Według książki Jamesa powstał w 1977 roku film Agnieszki Holland, wysoko oceniony przez publiczność i krytykę.

Cytaty z książki:

„- Pan Maurycy Townsend.

Wahając się, co czynić, usłyszała te słowa jak przez mgłę, a przecież dość wyraźnie. Stała zwrócona plecami do drzwi i przez dłuższą chwilę nie poruszała się, czując, że wszedł do salonu. Nie wyrzekł wszakże ani słowa i w końcu odwróciła się. Stał pośrodku pokoju, z którego ciotka dyskretnie się wymknęła. […] Nie było to łatwe. Katarzyna nie powiedziała dotąd ani słowa i pewnie wspominał ze zgrozą jej dawny dar milczenia. Nadal wszakże nie spuszczała z niego oczu, czyniąc przy tym najdziwniejsze spostrzeżenie. Był to jak gdyby on i nie on jednocześnie; człowiek, który niegdyś znaczył dla niej wszystko, a przecież ta osoba nic teraz dla niej nie znaczyła. Jakżeż to było dawno temu – jakże się zestarzała – i jak wiele ma za sobą! Żyła tym, co miało związek z nim, i wyczerpała te zasoby. Tymczasem ten człowiek nie wyglądał na nieszczęśliwego. Był przystojny i dobrze się trzymał, nienagannie ubrany, dojrzały, niczego mu nie brakowało. Patrząc nań, Katarzyna wyczytała mu z oczu jego dzieje; urządził się wygodnie i nigdy go nie pochwycono w sidła…”

 

George Orwell – „Folwark zwierzęcy”

 

Książka przenosi w XX wiek tradycje powiastki filozoficznej i bajki zwierzęcej. Na farmie pana Jonesa dochodzi do buntu gnębionych zwierząt. Przejmują one władzę i proklamują własną wolną republikę, gdzie chcą żyć bez ucisku człowieka, demokratycznie i sprawiedliwie. Władzę obejmują świnie, stopniowo zaczyna działać mechanizm znany z historii wielu ludzkich rewolucji i przewrotów – powolne rozwarstwienie, przywileje, alienacja władzy, dyktatorskie rządy jednostki. Szczytne zasady, proklamowane bezpośrednio po przewrocie,  są stopniowo modyfikowane i na przykład przykazanie: „Wszystkie zwierzęta są równe” zostaje uzupełnione: „ale niektóre zwierzęta są równiejsze od innych”. Mechanizmy rodzenia się dyktatury, zniewolenia mas, kształtowania się totalitarnego systemu państwa i władzy ukazane są za pośrednictwem pozornie lekkiej i zabawnej opowieści o zwierzętach.

Cytaty z książki:

„ - Muriel – poprosiła – przeczytaj mi Czwarte Przykazanie. Czy nie ma tam czegoś o tym, że nie wolno sypiać w łóżku?

Muriel z pewnym trudem przesylabizowała napis.

- Tam jest napisane: „Żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku z prześcieradłami” – powiedziała wreszcie.

Clover jakoś dziwnie nie mogła sobie przypomnieć , żeby Czwarte Przykazanie wspomniało o prześcieradłach; skoro jednak wypisano to na ścianie, widocznie tak było. Squealer, który akurat przechodził opodal w asyście dwóch czy trzech psów, natychmiast przedstawił ów sporny punkt we właściwym świetle.

- Zapewne już słyszałyście, towarzyszki, że my, świnie, sypiamy teraz w łóżkach, w domu Jonesa. Dlaczegóżby nie? Doprawdy, nie sądziłyście chyba, że istnieje jakiś zakaz używania łóżek? Łóżko jest po prostu miejscem do spania. Wiązka słomy w boksie jest także, ściśle biorąc, łóżkiem. Zakaz dotyczył prześcieradeł, które są wynalazkiem człowieka. Usunęliśmy prześcieradła i zastąpiliśmy je kocami. Łóżka są rzeczywiście bardzo wygodne! Jednak podkreślam, towarzyszki, nie zapewniają nam takiej wygody, na jaką zasługujemy, biorąc pod uwagę całą tę pracę umysłową, którą musimy obecnie wykonywać. Przecież nie pozbawicie nas chyba miejsca wytchnienia, prawda, towarzyszki? Chyba nie chciałybyście, żebyśmy byli zbyt zmęczeni, by sprostać obowiązkom? Z pewnością żadna z was nie chce powrotu Jonesa?”

„Kilka dni później, gdy groza spowodowana egzekucjami nieco opadła, niektóre zwierzęta przypomniały sobie – bądź też wydawało się im, że pamiętają – iż Szóste Przykazanie brzmi: „Żadne zwierzę nie zabije innego”. Choć nikt nie ośmielił się wspomnieć o tym w obecności świń lub psów, panowało ogólne przeświadczenie, iż zabójstwa, których się dopuszczono, są sprzeczne z tym nakazem”.

 

 

Nikos Kazantzakis  - „Grek Zorba”

 

Powieść greckiego prozaika zawiera portret człowieka odznaczającego się niezwykłą witalnością i pogoda ducha. Książka zyskała na całym świecie niezwykłą sławę przede wszystkim dzięki filmowi w reżyserii Michaela Kakojannisa z rewelacyjną kreacją Anthony’ego Quinna. Zorba, starszy już grecki robotnik, z którym zaprzyjaźnia się narrator – Amerykanin, wiele przeżył i wycierpiał. Jego filozofia życiowa polega na cieszeniu się każdą chwilą i dostrzeganiu jej wartości. Nawet niepowodzenia, np. nieudana próba uruchomienia starej kopalni – zniweczenie efektów okresu ciężkiej pracy, nie są w stanie zmącić jego optymizmu. Pisarz przeciwstawia abstrakcyjnym rozważaniom filozoficznym niezdeformowany niczym instynkt człowieka, który osiąga szczęście żyjąc w ścisłym związku z naturą, poddając się jej prawom, czerpiąc radość z wszystkiego, co go otacza.

Cytaty z książki:

„Ten człowiek – myślałem – nie chodził do żadnych szkół, jego umysł nie jest więc zdeformowany. Przeżył niejedno, ma otwartą głowę, a serce nie straciło pierwotnej odwagi. Wszystkie zawiłe problemy przecina jednym cieciem miecza jak jego rodak Aleksander Wielki. Nie grozi mu upadek, gdyż mocno całym ciałem opiera się o ziemię. Dzicy w Afryce czczą węża, ponieważ całym ciałem dotyka ziemi i dzięki temu zna wszystkie jej tajniki. Poznaje je brzuchem, ogonem i głową. Dotyka ziemi, łączy się z nią, stanowi jedność z macierzą. Taki jest właśnie Zorba. My, ludzie wykształceni, jesteśmy jak nierozumne ptaki na wietrze”.

„Do późna w noc siedzieliśmy, milcząc przy ogniu. Raz jeszcze poczułem, jak prostą, codzienna rzeczą jest szczęście – szklanka wina, kasztan, jakiś piecyk, szum morza. Nic więcej. Ale by poczuć, że to wszystko jest szczęściem, trzeba mieć proste, naiwne serce”.

„Moje radości tutaj są wielkie, właśnie dlatego, że zwyczajne. Składają się na nie odwieczne elementy: świeże powietrze, słońce, morze, pszenny chleb. Wieczorem zaś siada przede mną po turecku niezwykły Sindbad Żeglarz i opowiada. Opowiada, a świat urasta wówczas do ogromnych rozmiarów. Nieraz, gdy mu nie starcza słów, zrywa się i tańczy, a kiedy i taniec mu nie wystarcza, chwyta santuri, kładzie na kolana i zaczyna grac. Czasami jest to melodia dzika – stajesz zaskoczony, pojmując nagle, że wiodłeś życie puste i jałowe, niegodne człowieka. Kiedy indziej melodia pełna bólu sprawia, że czujesz, iż życie przemyka ci jak piasek między palcami i nie ma na to rady”.

„Konfucjusz mówi: „Wielu szuka szczęścia ponad ludzką miarę, inni poniżej jej, lecz ono znajduje się obok człowieka”. To prawda. Istnieje tyle rodzajów szczęścia, ile miar poszczególnych ludzi. Takie jest, drogi Uczniu i zarazem Mistrzu, moje szczęście dzisiejsze. Mierzę je i mierzę wciąż od nowa, zaniepokojony, czy jest na moją obecną miarę. Bo wiesz dobrze, że człowiek ulega zmianom”.

 

 

Umberto Eco – „Imię róży”

 

Powieść historyczna przedstawia barwny obraz średniowiecza w konwencji powieści detektywistycznej. Akcja toczy się w XIV w. w klasztorze we Włoszech. Przybywa tam franciszkanin Wilhelm z Baskerville (aluzja do postaci Sherlocka Holmesa) ze swym sekretarzem, a zarazem narratorem powieści, nowicjuszem zakonnym Adso z Melku. Obaj mają wziąć udział w dyspucie teologicznej na temat ubóstwa Chrystusa. Uwikłani jednak zostają w intrygę kryminalną – Wilhelm musi wyjaśnić przyczyny i znaleźć sprawcę serii morderstw wśród zakonników. Czyni to metodą dedukcji. Bohaterowie za pośrednictwem dysputy teologicznej i szeregu rozmów wprowadzają w średniowieczną teologię i filozofię. Powieść kreuje człowieka, który jest mieszkańcem labiryntu, więźniem własnych hipotez i przesądów tkwiących w kulturze. Nie jest jednak z tego powodu nieszczęśliwy, przyjmuje bowiem postawę systematycznego badacza, wie, że kiedyś odkryje prawdę, śmieje się z ludzkiego zakłamania. „Jak znaleźć prawdę?” -  to jedno z podstawowych pytań postawionych w powieści.

Cytaty z książki:

„- Nigdy nie powątpiewałem w prawdziwość znaków, Adso, są jedyną rzeczą, jaką człowiek rozporządza, by miarkować się w świecie. Tym, czego nie pojąłem, była relacja między znakami. Dotarłem do Jorgego przez apokaliptyczny schemat, który zdawał się rządzić wszystkimi zbrodniami, aczkolwiek był przypadkowy. Dotarłem do Jorgego, szukając sprawcy wszystkich zbrodni, a odkryliśmy, że w gruncie rzeczy każda ze zbrodni miała innego sprawcę, albo i żadnego. Dotarłem do Jorgego, idąc za planem powziętym przez umysł przewrotny i przemyślny, a nie było żadnego planu lub Jorgego przerósł jego początkowy plan, a potem zaczął się łańcuch przyczyn, współprzyczyn i przyczyn między sobą sprzecznych, które działały każda na swój rachunek, tworząc relacje niezależące od żadnego zamysłu. Gdzież była cała moja mądrość? Zachowywałem się jak człek uparty, idąc za pozorem ładu, kiedy powinienem był wiedzieć dobrze, iż nie ma ładu we wszechświecie”.

 

Edward Redliński – „Konopielka”

 

Powieść przedstawia oryginalną wizję wsi i przemian cywilizacyjnych. Akcja toczy się w odciętej od świata białostockiej wsi Taplary, żyjącej od stuleci zgodnie z tradycją i rytmem natury. Narrator – Kazik Bartoszewicz – gości w swojej chacie przybyłą z miasta nauczycielkę, nazywaną przez chłopów Konopielką. Młoda dziewczyna swymi poglądami, stylem życia burzy odwieczny ład panujący we wsi. Kobieta wzbudza ogromne kontrowersje. Pierwszą ofiarą staje się narrator, a wyrazem jego buntu przeciwko tradycji jest wyruszenie w pole z kosą (dotąd używano tam wyłącznie sierpa). Powieść stylizowana jest na język mówiony (nasycony dialektyzmami i archaizmami) znakomicie odzwierciedlający sposób myślenia i światopogląd bohaterów. Książka zawiera bardzo dużo elementów humorystycznych, wiele groteskowych sytuacji. Można ją odczytywać w różnorodny sposób: jako parodystyczne odniesienie do tzw. nurtu wiejskiego w prozie polskiej, próbę mitologizacji kultury ludowej, studium przemian zamkniętej społeczności pod wpływem bodźców zewnętrznych.

Cytaty z książki:

„Co innego wstawać latem, co innego zimo. Słonko to zawsze wstaje równo, zaraz po kogutach, i to zima czy lato, tyle że latem pokazuje się od razu, latem dużo roboty, a zimo, jesienio wyleguje się: nie wschodzi na niebo, bo po co? Leży sobie pod spodem, wygrzewa się po ciemku, czochra się, całkiem jak w chatach gospodarze. […] Przecknąwszy się oczów nie odmykajo, leżo, leżo sobie pod pierzynami jak bochenki w piecach, jak w gniazdach jajka pod kurami, każdy rozgrzany, rozpalony, baba jemu do plecowprzylipła, dycha w szyje aż parzy. […] Taki, co by widział przez ściany i ciemno, zobaczyłby naraz we wszystkich chatach i nogi jak raptem myk wyłażo spod pierzynow i bose szukajo podłogi, macajo. A już i głowy, plecy dźwigajo się, prostujo i nie wiadomo kiedy na wszystkich łożkachsiedzomęszczyzny w gaciach i koszulach, oczy dalej majozapluszczone. […] Naraz sprężyny puszczajo: miękno chłopy, zwijajo się, bezwładniejo, ręce zsuwajo się im między kolana, siedzomietkie, bezwładne, jak nieżywe, jakby ich nie było, ile czasu tak siedzo? Nie wiadomo, nikt nie wie, nima komu wiedzieć. Siedzo”.

 

KazuoIshiguro – „Okruchy dnia”

 

Pisarz jest jednym z najbardziej cenionych prozaików brytyjskich. Wydane w 1989 roku „Okruchy dnia” zostały wyróżnione nagrodą Bookera. Do sławy książki przyczynił się ponadto film z niezapomnianą kreacją Anthony’ego Hopkinsa. Głównym bohaterem książki jest klasyczny angielski kamerdyner. Osobliwie pojmowaną lojalność wobec swojego arystokratycznego pracodawcy oraz wierność regułom wykonywanego zawodu stawia ponad wszystkie inne wartości. Podczas kilkudniowej podróży samochodem Stevens, rozpamiętując długie lata służby w Darlington Hall, dokonuje rozrachunku z samym sobą. Drobiazgowo analizuje własną postawę moralną i emocjonalną, by ostatecznie zdać sobie sprawę, że bezpowrotnie utracił to, co w życiu najcenniejsze.

Cytaty z książki:

„Panna Kenton zamilkła na chwilę, lecz potem odezwała się znowu:

- To oczywiście nie znaczy, że od czasu do czasu nie myślę sobie: „Jak straszliwy błąd popełniłam w mym życiu”. I są to chwile bezbrzeżnej rozpaczy. I zaczynam wtedy rozmyślać o innym, lepszym życiu, jakie mogłam mieć. Na przykład zaczynam wtedy myśleć o życiu, jakie mogłabym mieć z panem, panie Stevens. Dzieje się tak chyba wtedy, gdy rozzłoszczę o jakąś drobnostkę i odchodzę. Ale za każdym razem szybko orientuję się, że moje miejsce jest przy mężu. W końcu, co się stało, już się nie odstanie. Nie można wiecznie roztrząsać tego, co mogło być. Trzeba zdać sobie sprawę, że miało się życie nie gorsze niż większość ludzi – a może i lepsze – i z tego trzeba się cieszyć.

Wydaje mi się, że nie odpowiedziałem od razu, gdyż dopiero po chwili udało mi się zrozumieć w pełni znaczenie słów panny Kenton”.

 

George Bernard Shaw – „Pigmalion”

 

Sztuka angielskiego dramaturga i powieściopisarza jest bardzo popularną na całym świecie komedią, która dostarczyła też wątków dla kilku filmów i musicalu. Językoznawca, profesor Higgins, zakłada się z przyjacielem, że nauczy poprawnie mówić prostą londyńską kwiaciarkę i tym samym zmieni jej pozycję społeczną. Wygrywa zakład: Eliza Doolittle zaczyna odnosić sukcesy towarzyskie. Ze strony swego mistrza oczekuje jednak sympatii, a nawet uczucia, on zaś nie potrafi się na to zdobyć i taktuje ją jako obiekt eksperymentu. Urażona kobieta opuszcza go, a Higgins później na próżno zabiega o jej powrót. W filmowej wersji tej sztuki (aprobowanej przez Shawa) i w opartym na niej musicalu „My Fair Lady” dochodzi jednak do ślubu bohaterów. Tytuł sztuki przypomina mityczną postać greckiego rzeźbiarza, który zakochał się w wyrzeźbionym przez siebie posągu Galatei, ożywionym za sprawą bogini Afrodyty. Utwór w bardzo lekkiej formie porusza bardzo ważny problem. Pokazuje, że sposób, w jaki się porozumiewamy, nasz własny język określa nasze człowieczeństwo. Każda ingerencja w język zmienia sposób widzenia świata, zmienia nas, sprawia, że stajemy się innym człowiekiem. Okazuje się, że granice mojego języka są granicami mojego świata.

Cytaty z książki:

„Liza: Och! Gdybym tylko mogła wrócić do mojego koszyka z kwiatami! Byłabym niezależna od pana, ojca i całego świata! Dlaczego odebrał mi pan moją wolność? Dlaczego sama z niej zrezygnowałam? Jestem teraz niewolnicą, razem z wszystkimi moimi strojami. […]

Higgins: Jednym słowem, chcesz, bym tak samo kochał cię bez pamięci jak Freddy. O to ci chodzi?

Liza: Wcale nie. Tego rodzaju uczucia nie oczekuję od pana. I niech pan nie będzie taki pewny siebie ani mnie. […]

Higgins: tak jest rzeczywiście. Wobec czego, o co my się tu, do stu piorunów, kłócimy?

Liza: Chciałabym dobrego słowa. Wiem, że jestem prostą i głupią dziewczyną, a pan jest człowiek wykształcony. Ale nie jestem błotem, żeby mnie deptać. To, cożem zrobiła… (poprawia się) co zrobiłam, nie było ani dla sukienek, ani taksówek. Zrobiłam to, bo dobrze nam było razem i jakoś… jakoś… trochę pana polubiłam. Nie, żebym chciała, by pan się do mnie zalecał, nie zapomniałam o różnicy, jaka nas dzieli. Ale chciałam, byśmy byli z sobą na bardziej przyjacielskiej stopie”.

 

Franz Kafka – „Proces”

 

Książka jest studium sytuacji jednostki w obcym jej świecie. Józef K., urzędnik bankowy prowadzący uregulowane i spokojne życie, zostaje oskarżony o nieokreślone wykroczenie. Próbuje wyjaśnić sprawę, odwiedza sąd i różnych funkcjonariuszy, ale na próżno. Choć poddawany jest ciągłym przesłuchaniom, nie może nawet się dowiedzieć, czym zawinił. Czuje się osaczony i poddany niezrozumiałej machinie biurokratycznej. Po roku zapada wyrok i Józef K. zostaje stracony w podmiejskim kamieniołomie. Bohater jest bezradny wobec tajemniczych sił decydujących o winie i karze, w konsekwencji o losie człowieka. Dzieło powszechnie uważane jest za doskonały pod względem literackim obraz losu jednostki w obliczu potężnego i totalitarnego aparatu państwowego. Możliwa jest też interpretacja książki jako uniwersalnej refleksji nad losem człowieka, który zawsze jest winny, nie uniknie kary i zawsze może zostać pociągnięty do odpowiedzialności.

Cytaty z książki:

„Wzrok K. padł na najwyższe piętro graniczącego z kamieniołomem domu. Jak błyska światło, tak rozwarły się tam skrzydła jakiegoś okna: jakiś człowiek, słaby i nikły w tym oddaleniu i na tej wysokości, wychylił się jednym rzutem daleko przez okno i wyciągnął jeszcze dalej ramiona. Kto to był? Przyjaciel? Dobry człowiek? Ktoś, kto współczuł? Ktoś, kto chciał pomóc? Byłże to ktoś jeden? Czy byli to wszyscy? Byłaż jeszcze możliwa pomoc? Istniały jeszcze wybiegi, o których się zapomniało? Na pewno istniały. Logika wprawdzie jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć. Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie doszedł?

  1. podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce.

Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął nóż w serce i dwa razy nim obrócił. Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygnięcie. „Jak pies!” – powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć”.

 

Kazimierz Moczarski – „Rozmowy z katem”

 

Książka jest zapisem rozmów autora z SS-Gruppenfuhrerem Jurgenem Stropem, który stłumił powstanie w getcie warszawskim. Niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że Moczarski, były oficer AK, skazany w czasach stalinowskich na karę śmierci (zamienioną później na dożywotnie więzienie), znalazł się na kilka miesięcy w jednej celi  ze Stropem. Na podstawie ich rozmów można zrekonstruować typowy przebieg kariery, mentalność i psychikę przeciętnego funkcjonariusza reżimu nazistowskiego. Strop nadal uważa swoje wybory życiowe za słuszne, nie ma w nim skruchy, nie nękają go wyrzuty sumienia. Jawi się jako człowiek dość  ograniczony. Książka spotkała się w Polsce i na świecie z ogromnym zainteresowaniem, niewiele jest bowiem źródeł umożliwiających tak bezpośrednie poznanie mentalności hitlerowskich zbrodniarzy.

Gustaw Herling-Grudziński o książce Rozmowy z katem:

„Kto nie wie (a dotyczy to wielu czytelników książki, o czym miałem okazję się przekonać), że podczas dziewięciomiesięcznego pobytu w jednej celi Więzienia Mokotowskiego  z generałem SS Moczarski był nieludzko torturowany przez katów UB we własnej „sprawie”, kto w trakcie lektury ma przed oczami całego Stroopa i tylko drobną cząstkę Moczarskiego, kto nie słyszał o okupacyjnej karcie Moczarskiego w AK i o dziejach jego sprawy od aresztowania w roku 1945 do wyroku rehabilitacyjnego w roku 1956, ten nie zrozumie znaczenia „Rozmów z katem”. Znaczenia tak ogromnego, że nie waham się zaliczyć ich autora do najważniejszych świadków z okresu szczytowego nasilenia dżumy totalitarnej.

Cytat z książki:

„Ten Wielki czwartek dał nam się we znaki opowiadał następnego dnia Stroop. [] Saperzy doszli do wielkiej wprawy w wysadzaniu budynków w powietrze. W pół godziny po wydanym rozkazie już się chałupa paliła! Żydzi biegali jak szatany. Ukazywali się to tu, to tam, w oknach, balkonach, na dachach i gzymsach. Czasem strzelali do nas, czasem szukali dróg ucieczki. Niekiedy śpiewali pieśni, chyba psalmy. Inni krzyczeli chórem: Hitler kaput! Na pohybel Niemcom! Niech żyje Polska! Rozgardiasz niebywały. Pożary, dymy, płomienie, iskry pędzone wiatrem, kurz, fruwające pierze, zapachy przypalonych materiałów i ciał, huk armat i granatów, łuny i spadochroniarze”…

- Jacy znów „spadochroniarze’? – pyta Schielke.

- To ci Żydzi, Żydówki i żydowskie dzieci, którzy z okien, balkonów i poddaszy domów, płonących od parteru, wyskakiwali na ziemię, na asfalt i bruk. Przed tym zrzucali pierzyny, kołdry i inne bety i na to skakali. Moi SS-manni zaczęli ich nazywać spadochroniarzami. Całą noc trwała ta zabawa

Stroop podniecony. Gestykuluje. Pozoruje składanie się z dubeltówki do fruwających kaczek. Kręci się po celi i od czasu do czasu krzyczy: paf! paf!

- Tak moi chłopcy strzelali do wroga w locie! – mówi z dumą.

 

William Golding – „Władca Much

 

Książka jest paraboliczną opowieścią o drzemiących w człowieku złych instynktach. Na bezludną wyspę trafia po katastrofie samolotu grupa kilkunastoletnich chłopców. Początkowo ich życie w idyllicznej scenerii układa się bez większych problemów, z czasem jednak dochodzi do ukształtowania się hierarchicznych podziałów i rozpadu zwartej początkowo społeczności na grupy. Zaczynają one rywalizować o władzę i wpływy, dochodzi do otwartych walk, padają zabici. Wojnę kończy przybycie statku i ingerencja dorosłych. Powieść zawiera gorzką refleksję pisarza moralisty nad charakterem człowieka XX wieku, w którym dostrzega on zło, chęć władzy i dominacji, agresję. Wbrew tradycji i mitom, powrót na łono natury wcale nie uszlachetnia, lecz odsłania skrywany przez społeczne konwenanse instynkt.

Cytaty z książki:

„- Można by sądzić – rzekł oficer – że brytyjscy chłopcy – jesteście wszyscy Brytyjczykami, prawda? – potrafią się lepiej spisać… to znaczy…

- Z początku tak było – powiedział Ralf – ale później… Urwał.

- Z początku byliśmy wszyscy razem…

Oficer pokiwał ze zrozumieniem głową.

- Wiem. Ładna zabawa. Jak Wyspa Koralowa.

Ralf spojrzał na niego w milczeniu. Na chwilę stanął mu przed oczami przelotny obraz dziwnego czaru, który kiedyś opromieniał tę plażę. Ale teraz wyspa jest spalona, martwa… Simon nie żyje, a Jack… Z oczu popłynęły mu łzy i łkanie wstrząsnęło ciałem. Po raz pierwszy na tej wyspie rozpłakał się, a wielkie spazmy żalu aż go skręcały. Na płonących gruzach wyspy, pod czarną chmurą dymu rozlegało się jego buczenie; zarażeni tym uczuciem inni malcy zaczęli też siętrząść i łkać. A pośród nich, brudny, ze skołtunioną głową i zasmarkanym nosem Ralf płakał nad kresem niewinności, ciemnotą ludzkich serc i upadkiem w przepaść szczerego, mądrego przyjaciela, zwanego Prosiaczkiem”.

 

Mikołaj Gogol – „Rewizor”

 

Jedna z najpopularniejszych komedii rosyjskich; zjadliwa satyra na drobnomieszczańską obłudę i skorumpowanych prowincjonalnych urzędników. W małym miasteczku, do którego ma przybyć rewizor ze stolicy, pojawia się skromny urzędnik Chlestakow, którego miejscowi prominenci biorą właśnie za oczekiwanego gościa. Sprytny cwaniak potrafi znakomicie wykorzystać sytuację – je i pije na ich koszt, przyjmuje łapówki, romansuje z żoną i córką Horodniczego, prosi nawet o jej rękę i zostaje przyjęty. Gdy sytuacja się komplikuje – ucieka. Jego list do przyjaciela ujawnia oszustwo. Ośmieszeni mieszczanie dowiadują się w scenie finałowej, że do miasteczka przybył prawdziwy rewizor. Utwór w znakomity sposób pokazuje zamkniętą małomiasteczkową społeczność, drobnych prowincjonalnych notabli powiązanych ze sobą siecią układów, panicznie bojących się zwierzchności, chcących za wszelka cenę ukryć swe ciemne sprawki

Cytaty z książki:

„Horodniczy: […] Asesor zaś pański… owszem, człowiek z olejem w głowie, ale tak od niego jedzie, jakby przed chwilą wyszedł z gorzelni… też niedobrze. Dawno już chciałem zwrócić panu na to uwagę, ale nie pamiętam, byłem czymś innym zajęty. Są przecież środki na to, jeżeli, w samej rzeczy, jak on sam twierdzi, to zapach przyrodzony. Należy mu poradzić, aby jadł cebulę lub czosnek, czy co innego. W tym wypadku pan doktor może zastosować rozmaite medykamenty.

AmmosFiodorowicz: Nie, tego się pozbyć nie można! Powiada, że mamka upuściła go na ziemię, kiedy był niemowlęciem, i od tego czasu zalatuje od niego trochę wódką.

[…] Horodniczy: Ale cóż z tego, że pan bierze łapówki szczeniętami? Pan za to w Boga nie wierzy! Do cerkwi pan nigdy nie chodzi. A ja w wierze przynajmniej nieugięty jestem i co niedziela bywam w domu Bożym. A pan? O, ja pana znam! Kiedy pan zacznie mówić o stworzeniu świata, to po prostu włosy dęba stają!

AmmosFiodorowicz: Ale sam do tego doszedłem! Własnym rozumem!

Horodniczy: E, tam! Zdarza się czasem, że od nadmiaru rozumu gorzej jest, niż gdyby go wcale nie było. […] Ale pan, panie Chłopow, jako wizytator szkół powinien specjalnie zając się panami profesorami. Ludzie to, oczywiście, uczeni, kształceni w rozmaitych kolegiach, ale mają bardzo dziwne maniery, nieodłączne zapewne od uczoności…”

 

Jarosław Hasek – „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej”

 

Satyryczno-humorystyczna powieść przedstawia wspaniały portret mądrego głupca, prostaczka demaskującego prawdziwe oblicze otaczającej go rzeczywistości. Józef Szwejk to handlarz psami z Pragi, a po wybuchu wojny szeregowy żołnierz i ordynans pułku piechoty. Do wojska zgłasza się na ochotnika, przeżywa tam liczne zabawne przygody na służbie u porucznika Lukasza i feldkurata Katza. Odbywa długą wędrówkę do Czeskich Budziejowic w poszukiwaniu swego pułku. Zawsze gorliwie wykonuje polecenia przełożonych. Ich dosłowne traktowanie obnaża cały bezsens wojenno-biurokratycznej machiny. Uważany i sam podający się za idiotę Szwejk jest uczciwszy i mądrzejszy niż jego przełożeni.

Cytaty z książki:

„Obaj panowie doktorzy spojrzeli po sobie i jeden z nich zadał Szwejkowi pytanie:

- Czy wasz stan umysłowy był już kiedy badany?

- W wojsku – odpowiedział Szwejk dumnie i uroczyście – byłem przez panów wojskowych lekarzy urzędowo uznany jako notoryczny idiota.

- Mnie się zdaje, że jesteście symulant! – krzyknął drugi lekarz na Szwejka.

- Ja, proszę panów – bronił się Szwejk – nie jestem żaden symulant, ja jestem naprawdę idiota, możecie się panowie spytać w kancelarii 91 pułku w Czeskich Budziejowicach albo w Komendzie Uzupełnień w Karlinie.”

„- Posłusznie melduję, panie oberarzt – ozwał się cichy głos z łóżka przy oknie – że już jestem zdrów. Już w nocy zauważyłem, że nie mam duszności.

- Nazwisko?    

- Kovarzik, melduje posłusznie, mam dostać lewatywę.

- Doskonale, lewatywę dostaniecie jeszcze na drogę – zadecydował doktor Grunstein – żebyście się nie skarżyli, że was tu nie leczono”.

 

Pierre Choderlos de Laclos – „Niebezpieczne związki”

 

Książka ta jest jedyną powieścią, jaką autor napisał, niemniej jednak zyskała ona od razu niebywałe powodzenie i została uznana za arcydzieło. Pisarz maluje w niej panoramiczny obraz życia i obyczajowości osiemnastowiecznej arystokracji francuskiej. Jest to świat, nad którym unosi się duch libertynizmu, nieokiełznanej wolności i swobody. Na jego tle rozgrywa się dramat namiętności pomiędzy głównymi bohaterami: markizą de Merteuil, wicehrabią de Valmont i prezydentową de Tourvel. Na początku nic jeszcze nie zapowiada tragicznego rozwoju wypadków. Rozpętana intryga zatacza jednak coraz szersze kręgi, by w końcu pochłonąć wszystkich jej uczestników. Na skutek wymyślonej przez markizę okrutnej i skomplikowanej intrygi życie tracą niewinne osoby. Książka ukazuje obraz ludzi pozbawionych moralnych zahamowań. Jest wyraźnym ostrzeżeniem przed pokusą sprowadzania miłości do cynicznej gry.

Cytaty z książki:

„Czyż nie ma na świecie kobiety, która by nie nadużywała władzy, jaką zdobędzie? Więc i ty, ty, którą nazywałem tak często najpobłażliwszą przyjaciółką, i ty zrzucasz się z roli i nie wzdragasz się ranić mnie tak dotkliwie w przedmiocie mych uczuć! Jakimi rysami ośmielasz się malować panią de Tourvel!... Któryż mężczyzna życiem by nie przypłacił tego zuchwalstwa? Na którąż inną kobietę nie ściągnęłoby to przynajmniej bolesnego odwetu? Przez litość! Nie wystawiaj mnie na tak ciężkie próby, nie ręczę, czybym je przetrzymał. W imię przyjaźni zaczekaj, aż będę miał tę kobietę, jeżeli chcesz ją zohydzać. Czy nie wiesz, że jedynie rozkosz ma prawo zdejmować z oczu przepaskę miłości?”

 

Karolina Lanckorońska  - „Wspomnienia wojenne”

 

Profesor Karolina Lanckorońska (1898-2002) była ostatnią przedstawicielką znakomitego rodu Lanckorońskich z Brzezia. Jako jedyna dziedziczka gromadzonej w XIX i XX wieku kolekcji w 1994 r. przekazała rodakom niezwykły dar – dzieła sztuki, których wartość artystyczna i historyczna nie ma sobie równej w Polsce. O swoich dramatycznych i heroicznych losach z okresu II wojny światowej opowiedziała we „Wspomnieniach wojennych”. Zaczynają się one z chwilą zajęcia Lwowa przez wojska radzieckie w 1939 roku, a kończą na zwolnieniu z obozu koncentracyjnego w Ravensbruck w kwietniu 1945 roku. Pokazują niezwykłą osobowość autorki, jej temperament, zaradność, lwią odwagę i umiejętność działania w ekstremalnych sytuacjach. To doskonały portret kobiety silnej i imponującej swą bezkompromisową postawą wobec zła.

Cytaty z książki:

„W nocy 22.09.1939 r. armia sowiecka zajęła Lwów. Rano wyszłam na zakupy. W małych grupach kręcili się po ulicach żołnierze Armii Czerwonej, która już od paru godzin była w mieście. […] Widzieliśmy ludzi źle umundurowanych, o wyglądzie ziemistym, wyraźnie zaniepokojonych, prawie wystraszonych. Byli jakby ostrożni i ogromnie zdziwieni. Stawali długo przed wystawami, w których widniały resztki towarów. Dopiero po paru dniach zaczęli wchodzić do sklepów. Tam bywali nawet bardzo ożywieni. W mojej obecności oficer kupował grzechotkę. Przykładał ją do ucha towarzyszowi, a gdy grzechotała, podskakiwali obaj wśród okrzyków radości. Wreszcie ją nabyli i wyszli uszczęśliwieni. Osłupiały właściciel sklepu po chwili milczenia zwrócił się do mnie i zapytał bezradnie: „Jakże to będzie, proszę pani? Przecież to są oficerowie”. […] Bolszewików zjeżdżało się tymczasem coraz więcej, mężczyzn i niezwykle brzydkich kobiet. Kupowali wszystko, co im popadło pod rękę. W każdym sklepie było ich pełno. Wyżej opisana scena z grzechotką powtarzała się wiele razy dziennie. Ponieważ zaś przeznaczenie wielu przedmiotów nie zawsze było im znane, przeżywali i pewne niepowodzenia, jak na przykład ukazanie się towarzyszek w teatrze w powłóczystych jedwabnych koszulach nocnych, nabywanie hegarów do podlewania kwiatów itd. Z ich zachłannością w zdobywaniu towarów dziwnie nie licowało ciągłe opowiadanie o zasobności Rosji, o tym, ze w Sowietach jest wszystko, czego dusza zapragnie. na zapytanie lwowian: A czy Kopenhaga jest?, zapewniali, że jest, i to milionami. A pomarańcze są? Jeszcze i ile! Zawsze było dużo, ale teraz, gdyśmy zbudowali tyle nowych fabryk, to jest jeszcze więcej! […] Praca na uniwersytecie chroniła podwójnie – i osobę, i mieszkanie. Miałam sposobność przekonać się o tym w zetknięciu z towarzyszem Pawłyszeńką, kapitanem Armii Czerwonej. 19 listopada 1939  zjawił się bowiem oficer sowiecki i zajął jeden pokój. […] Współżycie jednak okazało się zupełnie niemożliwe. Pawłyszeńko starał się niszczyć wszystko, z czym nie umiał się obchodzić. […] Szczególnie groźną postawę zajął wobec instalacji wodociągowych. Już Andzia mnie uprzedziła, że „coś jest źle, bo on daje nura do klozetu”. Na drugi dzień latał już za nią z rewolwerem, oskarżając o sabotaż. Za jej to sprawą bowiem woda po pociągnięciu za łańcuch nie spływa bez przerwy, tak że on nigdy nie może nadążyć z umyciem głowy…”

 

Jerzy Janicki – „Opowieści bieszczadzkie”

 

Autor tych opowiadań młodzieńcze lata spędził we Lwowie, mieście, któremu później poświęcił wiele filmów i książek, jak choćby cykl „Alfabet lwowski”, na który złożyły się tomy: „Cały Lwów na mój głów”, „Towarzystwo weteranów” i „A do Lwowa daleko aż strach”. Pisał teksty do popularnej powieści radiowej „Matysiakowie”. Uchodzi także za twórcę polskiej szkoły serialu telewizyjnego. Jest autorem scenariuszy takich seriali, jak: „Akcja V”, „Umarłem, aby żyć”, „Ballada o Januszku”, a przede wszystkim „Polskie drogi” i „Dom”. Jako pisarz szczególnie upodobał sobie formę opowiadania. Napisał ich kilkadziesiąt. Część z nich została sfilmowana. Opowiadania o tematyce bieszczadzkiej przyczyniły się do mitologizacji Bieszczadów – miejsca, gdzie Jerzy Janicki spędzał wiele czasu i z którym czuł się związany. Tak mówił o pięknie tej krainy: „Bo tej mgły, co ją niby niedźwiedź warzy, ani tych potoków srebrem malowanych, ani tych szczytów kłujących niebo, ani tych wąwozów i chaszczy, i nawet tych nazw od wilków się wiodących, żaden czas i żadna technika sobie nie przywłaszczy. Ta kraina wciąż jest, najprawdziwsza, jedyna, unikalna. Wystarczy tę książeczkę przeczytać…”

Cytaty z książki:

„ – Był ksiądz kiedy w lesie? – spytał niespodziewanie Kopera. Młody duchowny zastanawiał się chwilę, w jakim tez kierunku zmierzać może tak zaskakujące pytanie, gdy roztrząsali sprawy moralne, i odpowiedział wymijająco:

- Mieszkam tu przecież miedzy wami. […] Kopery nie zadowoliła ta odpowiedź

- Ale w lesie nie żeby grzybki pozbierać – wyjaśnił – tylko żeby go znać jak cztery kąty we własnej plebanii. W lesie jest tak… Może mi ksiądz papierosa zapalić? […]

- I cóż w tym lesie?

- Jest tak. – Kopera właśnie się zaciągnął i nabrał większej energii. – Zdarza się na ścieżce kupkę kości zobaczyć. Głupi powie: wilk biesiadował. A ja powiem: nie wilk, choć w lesie wszystko, co najgorsze, zaraz na niego. Wilk kości zwykle rozwlecze, bo nie żre na jednym miejscu, tylko je zmienia. Wciąż mu się zdaje, że go śledzą i podpatrują. Więc jeśli na miejscu wszystko schrupane i kupka poskładana, że tylko ja śmietniczką zgarnąć, rys ucztował. Widzi ksiądz, w lesie nawet po śmierci kości tej łani krzyczą i donos robią na napastnika. A między ludźmi? Co ten krzyż komu powie? Ze dobrzy ludzie go postawili? Ludzkie tropy fałszywe, nie to, co leśne.

- Źle myślisz o ludziach – zasmucił się ksiądz.

- Różnie myślę. A ta kobieta… […]

- Co ta kobieta?

- Kiedyś, fakt, nosiliśmy obrączki od tego samego jubilera. Ja, jak ksiądz widzi, w telewizji kariery nie zrobię. Moją gębą dzieci można straszyć. Ale i taki człowiek ma prawo być szczęśliwy. Powiem wprost: wdzięczny jej byłem. Za to, mówię, królową cię zrobię. Przyjechałem tu w las, bo tutaj pieniądze same rosną. W parku wybrałem najlepsze konie, Faraona i Baśkę. Wichrem szły…”

 

 

Hannah Arendt – „Eichmann w Jerozolimie.Rzecz o banalności zła”

 

Książka przedstawia dramatyczne dzieje procesu Adolfa Eichmanna, mordercy zza biurka, współodpowiedzialnego za Holokaust. Jest opatrzona słynnym podtytułem, w którym pojawia się jedno z najdonioślejszych sformułowań zrodzonych w stuleciu totalitaryzmów: „banalność zła”. Relacja Hannah Arendt to nie tylko znakomity literacko klasyczny reportaż sądowy, lecz także esej o mechanizmie państwa totalitarnego oraz mentalności jego twórców i sług. Autorka, jeden z najwybitniejszych, niezależnych umysłów naszego wieku, nie cofa się zarazem przed postawieniem pytań o istotę postaw Żydów europejskich w obliczu Zagłady.

Cytaty z książki:

„Dzień, w którym odbyła się konferencja w Wannsee, wrył się w pamięci Eichmanna jeszcze z jednego powodu. Choć dokładał on wszelkich starań, by przyczynić się do osiągnięcia Ostatecznego Rozwiązania, wciąż jednak żywił pewne wątpliwości co do tak krwawego rozwiązania z zastosowaniem przemocy” – wątpliwości te zostały teraz rozwiane. „Na naradzie zabrały głos najważniejsze osoby, papieże Trzeciej Rzeszy”. Mógł się oto przekonać na własne oczy i uszy, że nie tylko Hitler, nie tylko Heydrich czy „sfinks” Muller, nie samo SS albo partia, ale elita zacnych pracowników służby państwowej walczy i konkuruje  ze sobą o zaszczyt przewodzenia w tej „krwawej” operacji. „W tym momencie doznałem jakby odczucia Poncjusza Piłata, bo poczułem się wolny od wszelkiej winy. Kimże był Eichmann, by ferować wyroki? Kimże był, żeby snuć własne przemyślenia w tej sprawie?” Cóż, nie jego pierwszego – ani ostatniego – zniszczyła własna skromność. […]A zatem Eichmann miał sporo okazji, by czuć się jak Poncjusz Piłat. Sprawy wyglądały tak a nie inaczej – w kraju obowiązywało takie a nie inne prawo, oparte na rozkazie fuhrera; wszystko, co robił, odpowiadało – na tyle, na ile potrafił to ocenić – zachowaniu szanującego prawo obywatela. Wypełniał swoje obowiązki, jak wielokrotnie powtarzał podczas śledztwa; był posłuszny nie tylko rozkazom, lecz także prawu. […] Pierwszy przebłysk mglistej świadomości, że cała sprawa była czymś więcej niż tylko kwestia wypełnienia przez żołnierza rozkazów, których intencja i istota są ewidentnie zbrodnicze – pojawił się podczas śledztwa, kiedy to nagle oświadczył on z wielkim naciskiem, że przez całe życie trzymał się Kantowskich pouczeń moralnych, zwłaszcza zaś Kantowskiej definicji obowiązku. […] Eichmann uważał, że błędny był zarzut popełnienia masowego mordu: „Z zabijaniem Żydów nie miałem nic wspólnego. Nigdy nie zabiłem żadnego Żyda ani nie-Żyda; nigdy nie zabiłem żadnego człowieka.[…] Hannah Arendt: „O ile wiem, to ja pierwsza użyłam tego określenia – banalność zła. To prawda, że uważam obecnie, iż zło nigdy nie jest „radykalne”, a tylko skrajne i że nie posiada ono żadnej głębi ani jakiegokolwiek demonicznego wymiaru. Może ono wypełnić i spustoszyć cały świat, bo rozprzestrzenia się jak grzyb porastający powierzchnię. „Urąga myśli”, jak napisałam, gdyż myśl próbuje dotrzeć na pewną głębokość, sięgnąć do korzeni, w momencie zaś, gdy zajmie się złem, jałowieje, bo dotyka nicości. Na tym polega banalność zła. Jedynie dobro posiada głębię i może być radykalne”.

 

Wisława Szymborska – „Lektury nadobowiązkowe”

 

Wisława Szymborska w następujący sposób wyjaśniała przyczyny powstawania tych krótkich felietonów, których cechami charakterystycznymi są: ogromna mądrość, poczucie humoru i dyskretna przyjaźń. „Początkowo myślałam, że będę pisać prawdziwe recenzje, tzn. w każdym poszczególnym przypadku określać charakter książki, umieszczać ją w jakimś nurcie, no i dawać do zrozumienia, która od której jest lepsza czy gorsza. Szybko połapałam się, że jednak recenzji pisać nie potrafię, a nawet nie mam na to chęci. Że w gruncie rzeczy jestem i chcę pozostać czytelniczką-amatorką, na której nie ciąży przymus bezustannego wartościowania. Książka bywa dla mnie czasem przeżyciem głównym, a czasem tylko pretekstem do snucia luźnych skojarzeń. Kto nazwie te „Lektury” felietonami, będzie mieć rację. Kto uprze się przy „recenzjach”, ten mi się narazi. No i jeszcze coś od serca. Po staroświecku uważam, że czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Homo Ludens tańczy, śpiewa, wykonuje znaczące gesty, przybiera pozy, stroi się, ucztuje i odprawia wyszukane ceremonie. Nie lekceważę doniosłości tych zabaw – bez nich życie ludzkie mijałoby w niewyobrażalnej monotonii i chyba rozsypce. Są to jednak działania kolektywne, nad którymi unosi się mniej lub więcej wyczuwalny zapaszek zbiorowej musztry. Homo Ludens z książką jest wolny. Przynajmniej na tyle, na ile wolnym być można. Sam sobie ustanawia reguły gry, posłuszny własnej tylko ciekawości”.

Cytaty z książki:

„Cmentarzysko” „Wypracowania – wzory”

„W szkole czyta się literaturę piękną pod przymusem, a przymus, jak wiadomo, wyklucza przyjemność. Zdarzają się wprawdzie poloniści-cudotwórcy, dzięki którym lektury szkolne nie przestają być piękne. Ale ile mamy szkół, ilu uczniów, a ilu na to wszystko cudotwórców? Mają oni zresztą kłopoty z przerobieniem całego programu, nie nadążają, ponieważ prowadzą lekcje w postaci swobodnych rozmów o wrażeniach z przeczytanej właśnie książki, a to trwa. Wobec tego większość polonistów woli ograniczać się do nieśmiertelnej kwestii „co autor chciał przez to powiedzieć”. „Przez to”, czyli przez te wszystkie opisy, dialogi, fabularne komplikacje, różnorodne dygresje i te, Boże uchowaj, stylistyczne sztuczki. No i natychmiast okazuje się, że to, co autor chciał powiedzieć, daje się streścić w kilku albo kilkunastu zdaniach. A skoro tak, to wychodzi w oczach uczniów na świra obciążonego patologicznym gadulstwem – w przeciwieństwie do ludzi normalnych, którzy to samo umieją ując dużo krócej. Mam przed sobą książkę zatytułowaną eufemistycznie: „Wypracowania – wzory”; w rzeczywistości to zwykła ściąga. […] Na oko ma format nienadający się do użytku w czasie pisemnego egzaminu. Ale nie denerwujmy się – wszystkie wypracowania powtórzone są na końcu drobnym druczkiem wraz z instrukcją, jak te karteczki składać, żeby mieściły się w rękawie. […] Podobno już 44% Polaków nie bierze w ciągu roku żadnej książki do ręki. Ta liczba będzie rosła. Chyba że w szkołach rozmnożą się cudotwórcy, a wraz z nimi przekonanie, że literatura to nie cmentarzysko czekających na zgniecenie samochodów. Przy sposobności składam gratulacje tym autorom, których twórczość nie została w bryku „omówiona”, czyli sprasowana na blachę”.

 

Stanisław Lem – „Solaris”

 

Akcja powieści rozgrywa się w nieokreślonej, odległej przeszłości na planecie Solaris. Została ona odkryta sto lat wcześniej, ma powierzchnię prawie w całości pokrytą oceanem i sprawia wrażenie istoty inteligentnej, z którą można nawiązać kontakt. Ziemscy naukowcy zaczynają odbywać liczne loty na Solaris, a w trakcie ekspedycji podejmują próby nawiązania kontaktu z planetą. Badania po jakimś czasie zamierają, ocean „milknie”. Na Ziemi rozważa się możliwość likwidacji kosmicznej placówki. Na Stację Solaris zostaje wyekspediowany Kris Kelvin, który odkrywa, że panuje tam kompletny chaos. Naukowcy bez pozwolenia z Ziemi próbowali nawiązać kontakt z oceanem. W odpowiedzi ocean wysłał hipostazy ludzkie, tkwiące w podświadomości Ziemian. Owi dziwni goście, określani mianem „tworów F”, stają się powodem udręki wszystkich przebywających na stacji osób. Gościem Kelvina jest jego była narzeczona, Harey, która dziewięć lat wcześniej popełniła samobójstwo. Plan pozbycia się nieproszonych gości kończy się sukcesem, jednak Kelvin postanawia pozostać na Solaris, powodowany uczuciem do ukochanej kobiety: „Nie miałem nadziei. Ale żyło we mnie oczekiwanie, ostatnia rzecz, jaka mi po niej została. Jakich spełnień, drwin, jakich mąk jeszcze się spodziewałem? Nie wiedziałem nic, trwając w niewzruszonej wierze, że nie minął czas okrutnych cudów”. Lem napisał: „Okazuje się, że Ziemianie nawet w kosmosie nie są w stanie uwolnić się od balastu własnych, negatywnych doświadczeń i uprzedzeń, nie mogą nad nimi zapanować. Jeśli więc nie potrafią do końca pojąc samych siebie, jak mogą nawiązać kontakt z obcymi istotami? Albo z czymś, co nazwać by można Absolutem? Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy nam ten jeden, a już się nim dławimy”.

Cytaty z książki:

„Pokój był pusty. Przede mną ziało tylko czernią wielkie, półkoliste okno. Wrażenie nie ustępowało. Ciemność patrzała na mnie, bezpostaciowa, olbrzymia, bezoka, pozbawiona granic. Mroku za szybami nie rozwidniała żadna gwiazda. Zaciągnąłem światłoszczelne zasłony. Nie byłem na stacji nawet godziny, a zaczynałem już rozumieć, dlaczego zdarzały się na niej wypadki manii prześladowczej. […] Problem ten stał się kwadraturą koła naszych czasów. Każdy samodzielny myśliciel usiłował wnieść w skarbnicę solarystyki swój wkład; mnożyły się teorie głoszące, że mamy przed sobą produkt degeneracji, uwstecznienia, które nastąpiło po minionej fazie „intelektualnej świetności” oceanu, już to, że ocean jest w samej rzeczy nowotworem-glejakiem, który narodziwszy się w obrębie ciał dawnych mieszkańców planety, pożarł je wszystkie i pochłonął, stapiając szczątki w postać wiecznie trwającego, samoodmładzającego się ponadkomórkowego żywiołu. […] Patrzyłem na olbrzymie, pomalowane różnymi tonami fioletu i błękitu półkule na mapie, doznając, nie wiem po raz który już w życiu, zdumienia równie wstrząsającego, jak owo pierwsze, zaznane, kiedy jako chłopiec dowiedziałem się w szkole o istnieniu Solaris”.

 

 

Włodzimierz Odojewski – „Zasypie wszystko, zawieje…”

 

Zasadniczym tematem powieści są powikłane losy kilku osób, powiązanych ze sobą pokrewieństwem i siecią niezwykle silnych relacji emocjonalnych. Akcja utworu rozgrywa się w latach 1943-1944 na kresach wschodnich II Rzeczypospolitej, pod okupacją radziecką i niemiecką. W powieści znajdują się opisy bratobójczych wojen Polaków z Ukraińcami – dwóch nacji od wieków zamieszkujących te tereny. Opisane wydarzenia pełnia rolę traumatyczną, są bowiem świadectwem „apokalipsy spełnionej”, która zebrała swe tragiczne żniwo, siejąc zamęt, chaos i powszechne zniszczenie na pograniczu polsko-ukraińskim. Jest to jedno z najbardziej wstrząsających świadectw. Przestrzeń, w której rozgrywa się akcja powieści, ukazana została jako prawdziwe piekło na ziemi. Wstrząsająca wizja wszechogarniającej zagłady rozciągającej się nad Ukrainą osiąga apogeum w refleksji, jaka snuje Paweł Woynowicz, zanim na zawsze pożegna się z krajem rodzinnym: „Myślał, że ma przed sobą ciągle jeszcze to, co już za sobą zostawił, monotonną, straszliwa dal będąca nicością, pochłaniającą zachłannie i okrutnie, i obojętnie wszelkie życie, dal, która on jednak, zrodzony przez tę ziemię, musi przemierzać w tę stronę i z powrotem, na wprost, na ukos, w kółko, w poprzek pomiędzy określonymi dokładnie granicami widnokręgu, mimo nieograniczoności nieogarnionego świata”.

Cytaty z książki:

„W opieszałym, leniwym, oleistym upale, na pagórkowatej, piaszczystej polanie czy też porębie, pomiędzy zgarniającymi łopatami wierzchnie warstwy ziemi przygarbionymi jeńcami rosyjskimi, nad którymi stali Niemcy z feldpolizei zasłaniając usta i nosy mokrymi chustkami, nieopodal długiego stołu, przy którym siedzieli protokolanci i kręcili się polscy lekarze sądowi w ochronnych ceratowych ubraniach, zabrudzeni trupimi wydzielinami po pas i wyżej, w ckliwym, słodkawomdlącym fetorze unoszącym się z dołów, przesycającym szczelnie całą okolicę, zatykającym oddech, skręcającym krtań i żołądek, jeszcze nim zobaczył, w gęstych wyziewach jakichś chemikaliów, w głębokim dole, w splocie nóg, rąk i głów wystających z grząskiej ziemi spomiędzy liszai wody czerwonej od rdzy, w palącym, białym świetle słońca, wśród ciał rozrzuconych byle jak albo poukładanych równo obok siebie twarzami w dół, powiązanych powrozami lub drutem, wtedy, gdy któryś z rzędu powtórzył, teraz głośno: „Ja muszę go znaleźć” – to wtedy znalazł, choć nie był to wcale Aleksy, jego rodzony brat, ani ktoś podobny, gdyż był to jakiś Aleksy w ogóle, on i jednocześnie każdy inny, zniekształcony, nie do zidentyfikowania, zwielokrotniony, bliski, a zarazem daleki, już pogrążony w czas, jak w to bagno, w którym oni wszyscy leżeli, ale przecież z tego samego plemienia ciało, kość, strzępy ciała i strzępy kości żywe wciąż jeszcze w nim samym, Pawle, stojącym nad dołem, będącym również z tego samego plemienia i nie powtarzającym więcej: „Musze go znaleźć”, lecz krótkie, ciche, zamierające: „Więc to tak, to tak, to tak…” I stanął nad dołem nieruchomiejąc w pół kroku i z  zimną krwią reportera albo raczej laboranta patrzącego przez szkiełko, badającego, mającego za zadanie utrwalić obraz – utrwalał ten obraz w swej pamięci na zawsze: parometrowe złoża zwłok w polskich mundurach oficerskich z zachowanym jeszcze guzikami i odznaczeniami, w ciężkich zimowych płaszczach…”

 

Wiesław Myśliwski – „Widnokrąg”

 

Ta powieść to bardzo osobiste spojrzenie w przeszłość. Retrospekcja obejmuje kilkadziesiąt lat: najstarsze wspomnienia pochodzą z dwudziestolecia międzywojennego. Główny bohater, Piotr, opisuje losy swoje i swojej rodziny. Wraca pamięcią głównie do miejsc dzieciństwa i młodości. Najsolidniejszym punktem odniesienia jest rodzinny dom na Rybitwach. Drugim – dom rodzinny rodziców matki, we wsi położonej 7 km od Sandomierza. Jednym z głównych problemów powieści jest przechodzenie tajemnicy życia z ojca na syna, tajemnicy nierozwiązanej, ale zakorzenionej w rodzinnym przekazie. Uwagę narratora przykuwają sprawy zwykłe, codzienne, oswojone od zarania dziejów. Odpowiednio wyselekcjonowane układają się w mądrą przypowieść o człowieku i jego potrzebie odnalezienia sensu życia. Uniwersalność problematyki powieści podkreślają mitologiczne aluzje – do lotu Ikara nad sandomierskimi równinami lub do syzyfowego wysiłku schorowanego ojca. Powieść nie pozwala zdefiniować sensu życia. Wręcz przeciwnie, akcentuje to, co niedopowiedziane, niedokończone, niespełnione, treścią życia jest bowiem „to szczególne napięcie tworzące się pomiędzy projektem a jego realizacją, pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością, pomiędzy uczuciami a ich wypełnieniem”. Zatem zamiast realizacji i pełni każda z postaci musi zadowolić się namiastką, realizacją zastępczą. Bo u źródeł tej podróży leży właśnie chęć wypełnienia pustki dojrzałego życia.

Cytaty z książki:

„I chyba tak naprawdę to dopiero ze śmiercią wujka Władka zrozumiałem, że właściwie to nigdy nie opuściłem tego miejsca. Bo choć to ich groby, to mój znak, gdzie jestem. A kto wie nawet, czy to nie tu jest środek mojego widnokręgu, bo jedynie tu jestem w stanie doznawać tej bolesnej dotkliwości, jak umieram za nimi i ja, a nie tylko świat dookoła mnie. I to tak zwyczajnie, pospolicie, że ta dotkliwość przeradza się w zachwyt, jakbym oto stał twarzą w twarz przed najwznioślejszą tajemnicą piękna. Chce mi się aż zanurzyć w tym umieraniu jak w kwitnącej łące i patrzeć na słońce gasnące nade mną. Toteż ów lęk, który mnie z czasem zaczął nawiedzać z każdymi kolejnymi odwiedzinami i który powodował, że coraz rzadziej ich odwiedzałem, popadając jak gdyby w zobojętnienie, miał swoja przyczynę właśnie w tym, że zbliżałem się coraz bardziej do zrozumienia, że to jest właśnie to miejsce. Być może poszukiwałem nawet tego miejsca i zarazem broniłem się przed jego odkryciem, przeczuwając, ze nie da się nigdy z niego uciec ani zastąpić żadnym innym, bo gdziekolwiek jesteśmy, to miejsce jest w nas. I nie jako pamięć czy sumienie, lecz jako los, bo los to wyznaczona ci z mocy grobów przestrzeń. […] Ta wierność, czy też tylko możliwość wierności, niezależnie od wszystkiego zapewnia nie tylko poczucie bezpieczeństwa, określa także miejsce w nieprzeczuwanej jeszcze przestrzeni twojego widnokręgu, tym samym stając się znakiem twojego przeznaczenia. I nieważne, czy jest to jedynie złudzenie. W końcu wszystkie uczucia i wszystkie myśli prowadzą do złudzeń…”

 

Paweł Huelle – „Weiser Dawidek”

 

Akcja powieści rozgrywa się w Gdańsku. Narrator spisuje wydarzenia pewnego wyjątkowo upalnego lata. Przypomina dwa miesiące z życia grupy 11-nastolatków zafascynowanych swoim kolegą – o rok starszym Dawidem Weiserem, oraz uciążliwe przesłuchanie, jakie odbyło się po jego zniknięciu. Przy próbie rekonstrukcji zdarzeń śledztwo napotyka poważne, nierozwiązywalne trudności. Równie ciekawa przeprawa czeka czytelnika przy próbie interpretacji wydarzeń. Narrator nie potrafi wyjaśnic sensu symboli. Jakie znaczenie miał na przykład piknik zorganizowany przez dzieci w przeddzień zniknięcia, w czasie którego żydowski chłopiec Dawid rozdaje wszystkim chleb i nalewa do szklanki czerwoną oranżadę? Śledztwo raz po raz utyka w martwym punkcie. Pisarz historię Dawidka opowiada tak, że rozsypane na początku fakty składają się w jedną całość, ale jednocześnie niczego nie wyjaśniają. Jeśli nie da się powiedzieć, kim był naprawdę Weiser, to dlatego po prostu, że nie można orzec, jaki jest naprawdę świat.

Cytaty z książki:

„Będziesz musiał posiedzieć w domu – przypomniałem sobie jego zdanie, już w sekretariacie szkoły i nagle zrozumiałem, ze o to właśnie chodziło, o to szło Weiserowi, abym przez najbliższe dni nie był z nim, dowiadując się wszystkiego z relacji Szymka lub Piotra. Weiser odsunął mnie celowo i to nie ze względu na słabe wyniki strzeleckie. A może chciał mnie ostrzec? Tylko przed czym? […] nigdy nie będę mógł zapomnieć tego, co wydarzyło się w dolinie za strzelnicą, ani Weisera, ani wszystkich dni tamtego upalnego lata, kiedy susza pustoszyła pola, cuchnąca zupa zalegała zatokę, biskup i proboszczowie z wiernymi błagali Boga o zmianę pogody, ludzie widywali kometę w kształcie końskiej głowy, Żółtoskrzydły uciekł ze szpitala czubków i ścigany był przez milicję, murarze przerabiali ewangelicką kaplicę na nowe kino naprzeciwko baru „Liliput”, a mężczyźni z naszej kamienicy zachwycali się przemówieniami Władysława Gomułki i mówili, że takiego przywódcy robotnicy mówili, że takiego przywódcy robotnicy jeszcze nie mieli i mieć nie będą. […] Tak, wtedy właśnie pochylam się nad lewą stopą i palcami prawej dłoni, pocieram tę bliznę, i wiem, że Weser istniał naprawdę, że wybuchy w dolince były prawdziwymi wybuchami i że nic w tej historii nie zostało wymyślone. […] A zresztą, o czym można powiedzieć – rozumiem to? O czym można w ogóle i o czym w odniesieniu do tej historii? Czy rozumiem na przykład, dlaczego Weiser odsunął mnie od siebie na jakiś czas, albo czy rozumiem, dlaczego Piotr spoczywając pod ziemią, może ze mną rozmawiać? Żadna teoria nie wyjaśni niczego. Jedyne, co mogę zrobić, to opowiadać dalej”.

 

Kazimierz Brandys – „Wariacje pocztowe”

 

Książka ukazuje dzieje ośmiu pokoleń szlacheckiego rodu Zabierskich herbu Zadra, z majątku Szymowizna na Podlasiu. Pogmatwane losy bohaterów wyłaniają się z korespondencji prowadzonej przez męskich przedstawicieli rodu na przestrzeni 200 lat. Omówienia spraw rodzinnych sąsiadują w tej korespondencji z opiniami na tematy społeczne i narodowe. Powieść jest autorskim spojrzeniem na polską historię – błyskotliwym w warstwie językowej, krytycznym w aspekcie merytorycznym. Bohaterowie tego pastiszu przeżywają przygody dziwne, tajemnicze i niewytłumaczalne. Zabiegi demitologizujące nie oznaczają całkowitego odrzucenia romantycznego archetypu. Autor wskazuje raczej na konieczność ponownego przemyślenia jego miejsca w świadomości narodowej. Brandys stawia pytanie: czy romantyczna tradycja, mitologia powstańcza, emigracyjna i zesłaniowa przyniosły Polsce więcej szkody czy pożytku? Postawy bohaterów zmieniają się pod wpływem wielkich wydarzeń historycznych i osobistych doświadczeń. Każdy z nich pisze dwa listy. Jeden z pozycji młodego buntownika, drugi z pozycji dziwaka, starca lub człowieka przegranego. Życiorysy bohaterów wyraźnie dokumentują proces przechodzenia od ideowego projektu do skostniałej, konserwatywnej obsesji czy utopii. Z tego względu jest to więc w jakimś sensie książka o rodzeniu się idei.

Cytaty z książki:

„Jam to, rodzic twój, z miejsca tego do ciebie piszący, a w rzeczy samej Mucharzewski one dicta moje sporządzi: ja stary, a niedowidzę z przyczyny bielma na oku, które mnie w Sokołowie za młodu nadwerężonem było, o czym wiesz. Zboże zżęte, już po zwózce. JMPani Matka szle ci błogosławieństwo, braciszkowie kłaniają. […] Nocą po izbie w gaciach chodzę, o swej niedoli przemyśliwajęcy, serce rodzicielskie w żałosnej turbulencji tłucząc się, jakże to być może, iżbyś przepomniał słodyczy wiary naszej świętej, a podściwość chrześcijańską zamienił na szwargot diabelski. […] Ząb cmi. Nie iżby bolał wielce, ale ciśnie, ale jest. Zęba, kiedy zdrowy, nie czujesz, taka natura rerum, że członek w ciele, gdy nieobecnym się zda, spełnia swą obediencyją, wszelako jak poczujesz, że go masz, jak rankiem po przebudzeniu owa sobie pomyślisz: mam ucho, czyli też: mam ząb, to już źle oznacza i nie wedle przyrodzenia. Tak ci ze mną było. Budzę się, ząb jest. W kościele siedzę, ząb we mnie. Modlący klęczę, a nie o Męce Pańskiej myślę wcale, jeno o nim. Już się i przeklęctwa, a za tym pomsty bożej nad sobą lękam. W domu utaiłem się, by mię mizerya brzydka ku czemu niefortunnemu nie przywiodła. Ani dla mnie słoneczko, ani gaik wesoły, ani ptaszęta, bo już się cały w ten ząb przemieniłem i tylko nadsłuchuję jego pulsacjów, gdyby serca własnego. […] Leżę w potach, z rozdziawioną gębą, bo primo zawrzeć się boję, by znów zębiska nie trącic, secundo żem się zdumiał. Bo to nie ja, Kubusiu, kwiknąłem. Ignotumjakoweś głosem rodzącej baby ze mnie się ozwało. […] Noc przyszła, chcę zasnąc, ale nie mogę. A ciemno, a w tej ciemności ja, a we mnie dzwon. Mój ząb, co najpirwej drzewem się zdawał, a później babą, teraz dzwonem. O skroni uderza się, raz w raz! Raz w raz! Kogo chowają? JWielmożnegoZabierskiego!...”

 

Witold Gombrowicz – „Trans-Atlantyk”

 

Książka jest pamiętnikiem spisanym po dziesięciu latach życia pisarza w Argentynie. Narrator jest równocześnie głównym bohaterem i porte-parole autora, nosi również jego imię i nazwisko. Utwór jest niejednorodny zarówno pod względem gatunkowym, jak i językowym. To przede wszystkim znakomity pastisz, stylizowany na staropolską gawędę (w stylu „Pamiątek Soplicy” Rzewuskiego) i pamiętnik (w stylu Paska), w którym pod płaszczykiem barokowej , staropolskiej formy autor przemycił bardzo współczesne, rewolucyjne i bluźniercze treści. Powieść można uznać za coś w rodzaju surrealistycznej, polifonicznej przypowieści, w tragifarsowy sposób odzwierciedlającej „dramat myśli” rozgrywający się w świadomości samego autora. Pisarz przeprowadza totalny atak na polskie stereotypy narodowe, takie jak sarmackie zadufanie, celebracja dwulicowości i zakłamania, swarliwość, głupota i wszelkie inne przejawy narodowej tromtadracji. Wszystkie opisane zachowania autor postrzega jako nadmuchany ponad stan balon narodowej Formy, która unosi Polaków, nie pozwalając im, by stali się przede wszystkim ludźmi twardo stąpającymi po ziemi. W sporze między zalatującą naftaliną Ojczyzną a nieprzewidywalną Synczyzną Gombrowicz wybiera trzecie rozwiązanie – obronę własnego „ja”. Utwór jest symbolem walki z każdą Formą, która zniewala jednostkę.

Cytaty z książki:

„Powiadam: - Szalony człowieku! Za postępem i ja jestem, ale ty Zboczenie postępem nazywasz.

Rzekł mi na to: - A jakby tak trochę zboczyć, to co? […]

Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków? Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki? Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upierasz? Nie chcesz czym Innym, czym nowym stać się? Chceszże, aby wszyscy Chłopcy wasi tylko za Ojcami wszystko w kółko powtarzali?

Oj, wypuść Chłopaków z ojcowskiej klatki, a niech i po bezdrożach polatają, niechże i do Nieznanego zajrzą! […]

Hajda, hajda, wypuście wy Chłopaków swoich, niech Lecą, niech Pędzą, niech Ponoszą!

Krzyknąłem tedy: - Milcz, zaprzestań namowy swojej, bo niepodobna rzecz, abym ja przeciw Ojcu i Ojczyźnie, a jeszcze w takiej jak obecna chwili! Mruknął: Do diabła z Ojcem i Ojczyzną! Syn, syn, to mi dopiero, to rozumiem! A po co tobie Ojczyzna? Nie lepsza Synczyzna? Synczyzną ty Ojczyznę zastąp, a zobaczysz!...”

 

Edward Stachura – „Siekierezada albo Zima leśnych ludzi”

 

Akcja utworu rozgrywa się w ciągu dwóch zimowych tygodni w miejscowościach Hopla i Bobrowice. Ramy czasowe opowieści wyznaczają wydarzenia, które miały miejsce w rzeczywistości: tragiczna śmierć znanego aktora Cybulskiego w 1967 roku na wrocławskim dworcu kolejowym. Powieść można potraktować jako hymn pochwalny na cześć życia, a zarazem wielką polemikę z tym, co stanowi jego zaprzeczenie – ze śmiercią. Życie samo w sobie, takie, jakie jest w każdej chwili naszego istnienia, to najwyższa wartość, którą należy chronić i kontemplować. Bohater powieści wędruje z miejsca na miejsce powodowany nierzadko niezrozumiałymi nawet dla niego samego impulsami, raz po raz ucieka przed dopadającą go znienacka mgłą, symbolizującą egzystencjalny lęk, nicość, zagładę. Jego życiem w dużej mierze rządzi przypadek, dzięki czemu Pradera przebywa w różnych miejscach, niekoniecznie takich, w których chciałby się znaleźć, ale przecież niepojęty czas, któremu podlegamy jak losowi, „nie może być cofniony”. Sprzymierzeńcem w walce z czającymi się we mgle demonami duszy jest intensywny kontakt bohatera z przyrodą, rozmowy i przyjaźnie zawierane z prostymi ludźmi, a także tkliwa i żarliwie pielęgnowana miłość do ukochanej kobiety, zwanej poetycznie Gałązką Jabłoni. Podróż Janka Pradery wydaje się nie mieć ani początku, ani końca. To sama wędrówka stanowi sens życia. Albowiem tylko będąc w drodze można poznać nowe miejsca i nowych ludzi. Wpisany w krwiobieg natury wieczny ruch powieściowego bohatera, którego można okreslić Homo viator, stanowi przeciwwagę dla martwoty cywilizacji, jest wartością nadrzędną i obiektem ekstatycznego uwielbienia.

Cytaty z książki:

„Na zrębie, kiedy tam zaszedłem, siekierezada odbywała się w najlepsze. Jak dokładnie wskazywało blade słoneczko, stojące nad lasem niby nadleśniczy z zegarkiem radzieckiej firmy „Pobieda” na ręku, było wpół do dziesiątej. Nie można powiedzieć, że zjawiłem się zbyt wcześnie, ale nikogo to nie obchodziło. Ni gajowego, ni leśniczego, ni samego nadleśniczego, gdyby tu był na kontrolnym objeździe. Nikogo o to głowa nie boli. To jest moja sprawa prywatna. Wolność jest wolna, a robota akordowa ma to do siebie, że jak chcesz – to robisz, a jak nie chcesz – nie robisz. Kłaniasz się sosence, walisz się do góru brzuchem i słuchasz jak rośnie trawa. To latem oczywiście. Zima na zrębie możesz rozpalić ogień i przycupnąć blisko, i patrzeć w płomienie jednym z tych słynnych przezroczystych patrzeń albo patykiem odwracać kartofle, jeśli ich przedtem nakładłeś do żaru. Siekierezady mieszany chór śpiewa, dyszy, stęka, pluje, smarcze cały boży okrągły rok. I trzeba robić z głową, żeby nie zerwać się i skonać po tygodniu lub po dwóch, lub po trzech. Precyzyjna musi być robota. Ostra, zamaszysta, ale z pomyślunkiem. W morzu gałęzi można bić rękami, zatrzepotać się i utonąć tak samo, jak w pięknym Morzu Bałtyckim”.

 

Jarosław Marek Rymkiewicz – „Rozmowy polskielatem roku 1983”

 

Akcja „Rozmów polskich…” toczy się w lipcu i sierpniu 1983 roku nad jeziorem Wigry, dokąd przyjechał na wakacyjny odpoczynek pan Mareczek z żoną i synem. Malowniczo położony pensjonat pani Anieli (przypominający Mickiewiczowski dwór w Soplicowie), wyprawy letników do lasu na grzyby, jagody i jeżyny, nocne polowania na raki, spacery wokół jeziora i wyjazdy do pobliskich Sejn – stanowią tło dla dysputy o charakterze egzystencjalnym, historiozoficznym i eschatologicznym. Pan Mareczek rozmawia z przyjaciółmi o „Solidarności”, o stanie wojennym, o „sprawie polskiej” i przeklętym losie Polaków. Dyskusjom politycznym towarzyszą refleksje o przemijaniu całych narodów, po których – jak po tajemniczych Jadźwingach, jeszcze w XVI wieku zamieszkujących Puszczę Augustowską – nie pozostał prawie żaden ślad. Narrator zastanawia się także nad śmiercią jednostek i nad sensem każdego, poszczególnego istnienia. Prowadzi pojedynki na słowa z Diabłem, którego nazywa księciem Psujem. Jednym z najczęściej powracających tematów dyskusji jest literatura. Autor analizuje twórczość Goethego, Mickiewicza, Manna, Mandelsztama, Singera, Miłosza. Można zaryzykować tezę, że książka jest eksperymentalną współczesną powieścią polifoniczną. Wszystkie wypowiadane przez bohaterów kwestie to rozpisany na role „wielki dramat myśli” pisarza erudyty, obdarzonego potrzebą filozoficznego namysłu nad sobą i otaczającym go światem. Realia tego utworu podobne są do „Pana Tadeusza”: bohaterowie jedzą, piją sprzeczają się, zbierają grzyby, spacerują po ogrodzie, ale tak naprawdę chodzi tu o Polskę.

Cytaty z książki:

„A gdyby czerwone plamy na mapie „The Battle of Warsaw 1920” były mniejsze, a zielone większe, to kim bym dzisiaj był? Przecież nie siedziałbym na tej ławeczce i nie oglądałbym sobie tych map, myśląc przy tym, co myślę? Pewnie w ogóle bym się nie urodził, bo moi rodzice pojechaliby do łagru i to jeszcze zanim się poznali. […] Każde ważne wydarzenie historyczne decyduje przecież – i to w sposób ostateczny – o losie tysięcy istnień ludzkich… […] Ale metafizyka jest mądra, nie będzie przecież ujawniać przed głupią historią swoich sekretnych planów dotyczących przyszłych istnień ludzkich, więc mówi: - Tocz się, jak chcesz, głupia historio… […] Czy gdybym teraz siedział na jakiejś innej ławeczce, no gdyby historia tak zadecydowała, powiedzmy na ławeczce nad Naroczą albo nad Świtezią, to byłbym kimś innym, niż jestem? Trochę innym, czy całkiem innym? I kto by wtedy siedział na tej ławeczce?”

 

Andrzej Szczypiorski – „Początek”

 

Tematem powieści są powikłane losy kilkunastu osób żyjących w okupowanej przez Niemców Warszawie. Centralna postać powieści to Irma Seidenman, która po uwięzieniu przez gestapo cudem uniknęła śmierci. Stosunek poszczególnych osób do „pięknej pani Seidenman” pozwala autorowi na dokonanie przeglądu rozmaitych postaw ludzkich. Powieść uznać można za utwór o charakterze rozrachunkowym, a jednocześnie konsolacyjnym. Pisarz podejmuje problem narodowego rachunku sumienia i wyznania zadawnionych win, takich choćby jak antysemityzm, ksenofobia, obskuranctwo, brak wyrozumiałości i tolerancji dla tych, którzy myślą i postępują inaczej niż my. Jednocześnie pragnie pokrzepić serca rodaków, pokazując im, że w zetknięciu z okrutną i bolesną rzeczywistością ich narodowe przywary potrafią ustąpić miejsca postawie pełnej szlachetnej otwartości i bezinteresownej wyrozumiałości. Tę pocieszającą prawdę uosabia bodaj najlepiej siostra Weronika, prosta dziewczyna, która – pomagając ludziom w piekle okupacyjnego koszmaru – zrozumiała, że „Świat jest bardziej zawiły i tajemniczy, niż sądziła w dziewczęcych latach, a zagadkowość Boga nie da się zgłębić ludzkim umysłem. Wiele było dróg danych człowiekowi, by szedł, i wiele manowców. Weronika wiedziała, że jedna tylko droga prowadzi do celu, lecz zawiła była plątanina losów, obyczajów, wahań, snów i smutków. A ta wielość też przecież była dziełem Boga, Stworzyciela nieba i ziemi”.

Cytaty z książki:

„Pijąc mleko pod okiem doktora Kordy, bosa, z twarzą mokrą od łez, drżąca w chłodzie wczesnej godziny, zrozumiała po raz pierwszy w życiu, z pewnością i poczuciem radosnego oddania, że tutaj jest jej kraj, ludzie bliscy i kochani, którym winna nie tylko wdzięczność za ocalenie życia, lecz całą swoją przyszłość. Nigdy jeszcze nie czuła tak głęboko i boleśnie przynależności do Polski, nigdy z taką gorzką radością i oddaniem nie myślała o swej polskości. […] Nigdy w przeszłości nie czuła związków z żydostwem, to wiedziała z całą pewnością! Ale może właśnie z tego powodu nie czuła także związków z polskością, bo polskość była dla niej jak powietrze, którym oddychała, po prostu oczywistość. […] Była więc świadoma, że wizerunek przedwojennej Polski, który przywoływała z pamięci, wcale nie jest pełny i nie odpowiada historycznej rzeczywistości. A jednak tylko tamta Polska była dla niej życzliwa, tylko tamta wyglądała pogodnie i pięknie. To była moja młodość, mówiła sobie u schyłku życia, drepcąc po paryskich ulicach, stukając laseczką po paryskim bruku, to była moja młodość i jedyna Polska, jaką posiadałam naprawdę.  […] A Polska późniejsza, w której spędziła większą część życia, była po prostu obca. Moje skrzypce są chyba pęknięte, mówiła Żydówka Irma Gostomska-Seidenman, grzejąc stare kości na ławeczce w Ogrodzie Luksemburskim, moje skrzypce fałszują. Kiedy wgłębiała się w przeszłość, chciała z tych swoich skrzypiec wydobyć właściwy, głęboki ton. Ale one chyba naprawdę pękły wtedy, wiosną roku 68. Naprawdę pękły i już nie można ich było skleić”.

 

Tomek Tryzna – „Panna Nikt”

 

Akcja powieści rozgrywa się u schyłku lat 80. w Wałbrzychu. Fabuła powieści jest banalna: po przeprowadzeniu się rodziny Marysia zmienia szkołę. Jest teraz uczennicą klasy, w której prym wiodą dwie dorodne i przemądrzałe panny – Kasia i Ewa. Nasza bohaterka najpierw zaprzyjaźnia się z pierwszą - Kasią. Znajomość ta powoduje, że prostoduszne i zastraszone brzydkie kaczątko stopniowo zmienia się w pięknego łabędzia. Marysia staje się coraz bardziej pewna siebie. Jednocześnie zaczyna odczuwać, że powoli zatraca własną osobowość: coraz łatwiej przychodzi jej okłamywanie rodziców i nauczycieli, zaniedbuje obowiązki szkolne i domowe, a przede wszystkim bezkrytycznie naśladuje Kasię, która jest dla niej alfą i omegą. Kulminacyjnym punktem tej znajomości jest scena w kościele, kiedy na życzenie swojej mistrzyni Marysia pluje do miseczki ze świeconą wodą. Ten bluźnierczy gest to znak przekroczenia granicy dawnego życia. Od tej pory Marysia rozpoczyna nowe, wolne, ale też coraz bardziej niebezpieczne życie. Później Marysia nawiązuje bliższą znajomość z Ewą – przewodniczką po świecie pieniądza i seksu. Nasza bohaterka zaczyna staczać się na dno, śni na jawie koszmary, pragnie popełnić samobójstwo. Po tych dramatycznych przejściach dziewczyna odkrywa, że była tylko zabawką w ręku Kasi i Ewy, które wykorzystały ją do swych perfidnych i perwersyjnych gierek, a następnie porzuciły i wydały na pastwę duchowej samotności. Marysia zamienia się w pannę Nikt.

Cytaty z książki:

 „- Chociażby ta twoja wiara w Boga…

- Och, Kasiu, nie mów nic o Bogu. Błagam cię.

- Przecież to twoja najgłupsza z klapek.

- Nie, nie, nie mów nic!

- Dlaczego?

- Bo nie, bo nie wolno. Może cię za to spotkać straszna kara, błagam cię, nic nie mów!

- Powiem ci tylko jedno – mówi Kasia. – jeśli rzeczywiście Bóg jest taki, jakim ty go sobie wyobrażasz, to jak możesz go kochać, jak możesz w niego wierzyć, on zasługuje tylko na wzgardę i nienawiść […]

- Przestań! – krzyczę, żeby jej Pan Bóg nie usłyszał. Zatykam uszy. Kasia mówi coś jeszcze. Uciekam z szosy na łąkę, biegnę w dół, po zboczu.

Potykam się i przewracam. Kasia jest już przy mnie, znów coś mówi. Krzycząc, zatykam uszy.

Kasia siada na mnie okrakiem. Na siłę odrywa mi ręce od uszu. Krzyczę i krzyczę. Kasia przyciska mi ręce do trawy. Patrzy na mnie z góry. Leżę, nie mogę się jej wyrwać i krzyczę.

Już nie mam sił krzyczeć. Cisza, ćwierkają ptaszki. A Kasia mówi z uśmiechem:

- Wyobraź sobie, że dostałaś od kogoś w prezencie ogromny i piękny pałac. Jasny, przestronny i ślicznie umeblowany. Pomyśl, czy nie obraziłabyś ofiarodawcy, gdybyś wlazła do zakurzonej komórki pod pałacowymi schodami i gnieździła się tam do końca życia?”

 

Andrzej Szczypiorski – „Msza za miasto Arras”

 

Tło historyczne powieści nakreślone zostało przez autora w krótkiej przedmowie” „Wiosną roku 1458 miasto Arras nawiedzone zostało klęską zarazy i głodu. W ciągu miesiąca niemal piąta część obywateli straciła życie”. Oś tematyczną książki stanowi rozbudowana relacja Jana – naocznego świadka wspomnianych we wstępie wydarzeń. Narrator relacjonuje najpierw wydarzenia z 1458 roku, kiedy szalejąca zaraza dokonała spustoszenia w Arras. Głodni i zastraszeni ludzie dopuszczali się wówczas strasznych rzeczy: dochodziło do aktów kanibalizmu i kazirodztwa, bezczeszczono trupy zmarłych, organizując na cmentarzach orgie i czarne msze. Narrator podsumowuje ten straszny okres jednym zdaniem: „Zostaliśmy sami z naszym człowieczeństwem, z naszymi ciałami, z naszą wyobraźnią, ożywiani tylko przez żołądki”. Arras pragnęło oczyszczenia. Dwa lata później miał miejsce tajemniczy wypadek: w niewyjaśnionych okolicznościach padł koń sukiennika Gerwazego Damasceńskiego. Ktoś doniósł, że stało się tak na skutek przekleństwa, rzuconego rzekomo przez Żyda Celsusa. Posądzony stanął przed Albertem, duchowym przywódca mieszkańców Arras, który nie mając dowodów winy, tak zastraszył nieszczęśnika, że ten w nocy powiesił się w piwnicy ratusza. Wydarzenie to zapoczątkowało lawinę nieszczęść: pogrom Żydów, dojście do władzy plebejuszy i ich krwawe rewolucyjne rządy, w trakcie których zginęli najlepsi obywatele Arras. Na głębokim poziomie interpretacji powieść pokazuje, czym są systemy totalitarne. Ich wspólną cechą jest budowanie utopii społecznej w imię „wyższego dobra” ogółu, jednak bez liczenia się z prawdziwymi potrzebami jednostek. Można doszukać się czytelnych aluzji do terroru fizycznego i psychicznego, czystek i wyszukiwania kozłów ofiarnych, procesów pokazowych, kultu jednostki i zjawiska, które Erich Fromm określił mianem „ucieczki od wolności”. W końcu na własny użytek Jan odkrywa prawdę. Osamotnieni ludzie są kowalami własnego losu, zdobywają się na czyny dobre i szlachetne, ale dopuszczają się także postępków złych i podłych. Tak było, jest i będzie. Jan przekonuje się, że najdoskonalszym sposobem na utrzymanie wewnętrznej równowagi jest zdrowy rozsądek i postawa dystansu wobec zachowań skrajnych. Tylko wtedy można jakoś znieść życie na tym „najlepszym ze światów”.

Cytaty z książki:

„Ludzie zostali wygnani z raju, czują, że ten świat nie jest ich światem, obco im i ciężko, źle i gnuśnie. Rodzili się i umierali w nędznym kołowrocie spraw, pomiędzy strzyżeniem baranów, pławieniem konopi i tkaniem serży. Rodzili się i umierali, nie wiedząc, po co przyszło im żyć na tym świecie. Bo nie jest przecież celem człowieka strzyc barany, pławic konopie i tkać serżę. I nie jest jego celem spać z kobietami, jeść, doić krowy, kuc konie i polować na zwierzynę leśną. Gdzież był raj, który utracili przed swoim przyjściem na świat i gdzież winni go szukać, aby znaleźć odrobinę sensu w tym szalonym młynie? Przed laty padła na nich straszliwa zaraza. Podrzynali sobie wzajem gardła i żarli ludzkie mięso. Piekło! A kiedy zaraza wygasła, znów wrócili do serży i konopi, skapcanieli, zwątpili, wyschły im serca na wiór. Kiedy huba toczy potężny pień, trzeba siekiery i silnego ramienia, aby ją odrąbać. Czasem i to nie wystarczy i musi uderzyć ognisty piorun z nieba, wypalić wszystko dokoła, obalić drzewo, zmienić je w dymiący stos, aby na drugi rok zakiełkowało zdrowe ziarno na pogorzelisku…”

 

Jerzy Pilch – „Inne rozkosze”

 

Kanwą powieści jest z pozoru zabawne wydarzenie, opisane przez Milana Kunderę w „Opowieści Petrarki” – oto nagle i niespodziewanie do domu rodzinnego głównego bohatera przyjeżdża jego kochanka i, nie bacząc na nic, postanawia zostać z nim na zawsze. Ten humorystyczny lejtmotyw posłużył autorowi do przedstawienia poważnych problemów natury filozoficznej i teologicznej. Tragifarsa, groteska i absurd, będące podstawową materią, z której utkana została opowieść, stanowią w istocie zasłonę dymną, za którą kryją się sprawy poważne i głęboko przeżywane przez Pawła Kohoutka. W galerii egzystencjalnych problemów bohatera na plan pierwszy wysuwają się alkoholowy nałóg oraz niepowstrzymany pociąg do cudzołóstwa. Tym dwóm grzechom głównym Kohoutka, które wyznaje z podziwu godnym ekshibicjonizmem, towarzyszy coś o wiele bardziej nieprzyjemnego i dotkliwego – nihilistyczna choroba duszy człowieka, który o swoim nieszczęśliwym istnieniu mógłby powiedzieć za mędrcem Koheletem: „Marność nad marnościami i wszystko marność”. Jednak pomimo pesymistycznego wydźwięku powieść zawiera apologię życia, ze wszystkimi jego powikłaniami i niekonsekwencjami. Ostoją dla znękanej duszy bohatera są najbliżsi, a także tradycja i piękno ziemi cieszyńskiej, z której się wywodzi. W swym najgłębszym przesłaniu książka mówi o potrzebie ratowania zagrożonych wartości wyższych, będących gwarantem ładu każdego jednostkowego istnienia. Innymi słowy, to utwór, w którym „skandalista Jerzy Pilch” pokazał światu swoje ukryte „ja” – oblicze wrażliwego romantyka-idealisty.

Cytaty z książki:

„Kohoutek, istotnie, miał zwyczaj roztaczania przed każdą bliżej poznana kobietą wizji wspólnego życia. Stąd brało się jego powodzenie. Kobiety chętnie słuchały opowieści o wspólnych podróżach, o wspólnych śniadaniach, oraz, rzecz jasna, o wspólnych dzieciach. My, starzy zbereźnicy, dobrze znamy odwieczną i banalną prawdę, iż rzeczą, której pragnie zdecydowana większość kobiet, jest stabilizacja w najogólniejszym i najściślej filozoficznym znaczeniu tego słowa. Nawet kobiety spragnione przygód łakną przede wszystkim stabilizacji, ponieważ stabilizacja jest fundamentem i niemalże warunkiem wstępnym rzeczywistej przygody. Opowiadając rozmarzonym głosem o wspólnym życiu, Kohoutek ofiarowywał kobietom iluzję stabilizacji. […] Kohoutek był uwodzicielem z bożej łaski. Święcie wierzył w to, co mówi. Naprawdę – w chwili opowieści pragnął spędzić resztę życia ze słuchającą go kobietą. […] „Być może dzielnie i niestrudzenie biegnę ich tropem, ponieważ w każdej kobiecie szukam matki. Być może jestem ukrytym homoseksualistą. Być może moje podboje maja mi rekompensować moje niespełnienia […] jedynym bardziej skomplikowanym urządzeniem, na którym się znam, jest kobieta. Być może jestem – mam nadzieję, że nie przekręcę tego słowa – neurotykiem odczuwającym neurotyczną potrzebę miłości. Być może w głębi swych trzewi czy też w głębi duszy, nienawidzę kobiet i dlatego pożeram je tak łakomie”.

 

MarthaGrimes – „Pod Zawianym Kaczorem”

 

Inspektor Richard Jury odwiedza w Stratfordzie dawnego kolegę i na jego prośbę szuka chłopca, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Tymczasem w mieście zostaje zamordowana uczestniczka amerykańskiej wycieczki. Wkrótce śmierć dotyka kolejną turystkę, a to oznacza, że Jury nieprędko wróci do Londynu. Pełen czarnego humoru i osobliwych postaci kryminał Marthy Grimes sugestywnie oddaje atmosferę rodzinnego miasta Williama Szekspira. Autorka oryginalnie spaja wszystkie wątki za pomocą motywów zaczerpniętych z epoki elżbietańskiej. „Pod Zawianym Kaczorem” to czwarta część wielotomowego cyklu, którego bohaterem jest sympatyczny inspektor Scotland Yardu. Seria ta zapewniła pisarce czołowe miejsce wśród mistrzów powieści kryminalnych.

Cytaty z książki:

„Starszy nadinspektor Racer zamknął z trzaskiem tekturową teczkę i ponad blatem biurka posłał sierżantowi Alfredowi Wigginsowi gniewne spojrzenie. Sierżant, całkiem dotychczas wolny od winy angażowania się w tę sprawę, stanowił doskonały cel jego uszczypliwych uwag. […]

Jury ziewnął, nie przestając patrzeć w okno, za którym nad New Scotland Yardem wisiało przypominające szarą maź niebo, majaczył tam także niewielki kwadrat wód Tamizy. Racer uparł się, żeby mieć gabinet z widokiem. I świetnie, pomyślał Jury, niech go ma, aż do dnia, kiedy zdecyduje się skoczyć z okna. Tymczasem Racer, zwracając się do Wigginsa, nadal cedził coś przez zęby. Jury czekał, wiedząc doskonale, że są to tylko przygotowania do właściwej operacji – tej polegającej na spreparowaniu jego własnej osoby. Racer wciągał w ten sposób gumowe rękawiczki oraz układał w równym rzędzie skalpele, noże chirurgiczne, kleszcze. Ten człowiek, pomyślał Jury, minął się z powołaniem. Powinien był zostać lekarzem sądowym. […]

- „Krwawy Rezun”, co? – powiedział, patrząc na Jurego tak, jakby ów rezun siedział przed nim w całej swej krwawej krasie. – To naprawdę nadzwyczajne, panie nadinspektorze – Racer dotychczas nie wybaczył Jury’emu jego zeszłorocznego awansu, że jedzie pan ni stąd, ni zowąd do Stratfordu i wraca stamtąd, mając na koncie dwa morderstwa i jedno zaginięcie.

Zabrzmiało to tak, jakby Jury był kolekcjonerem.

Racer wstał i przeszedł się swoim zwyczajem kilka razy po pokoju, po czym z jego ust padły wspaniałomyślne słowa:

- Nie żebym miał obciążać was odpowiedzialnością za działania tego szaleńca…

- Dziękuję panu – powiedział Jury, po czym nastąpiła pauza.

- Nadinspektorze Jury, sarkazm jest rzeczą zarówno nieprofesjonalną, jak i bezcelową – brzmiały następne słowa Racera, który stał teraz za Jurym i Wigginsem, uważając zapewne, że przemawiając do ich potylic, ma nad nimi psychiczną przewagę. […] Tymczasem Racer, ten bezzębny tygrys, wciąż stąpając bezgłośnie za ich plecami, perorował dalej…”

 

Martha Grimes – „Pod Przechytrzonym Lisem”

 

Mroźny styczniowy wieczór w Rackmoor nad Morzem Północnym. Miejscowy malarz rozprawia w pubie „Pod Przechytrzonym Lisem” o naturze zbrodni, winie i odkupieniu. Następnego dnia na stromych schodach wiodących do kościoła strażnik nocny znajduje ciało kobiety. Ofiarą jest przyjezdna, która przedstawiała się jako Gemma Temple. Czy to jednak jej prawdziwa tożsamość? Wiele faktów wskazuje, że to dawna wychowanka bogatego pułkownika Craela. W jakim celu wróciła do Rackmoor po piętnastu latach? Dlaczego na nocny spacer wybrała rzadko uczęszczaną drogę? W sprawie, którą bada inspektor Richard Jury ze Scotland Yardu, nie ma oczywistych odpowiedzi, a wszystkie elementy układanki co chwila zmieniają miejsce. Książka czyta się sama, owija klimatem jak angielska mgła, co proponuję po prostu sprawdzić na sobie. To proza pełna poezji i to nie w jakimś męczącym, mało zrozumiałym sensie. Poezji życia, zwykłego, prostego, ciekawego nie tyle bulwersującymi, głośnymi wydarzeniami, co zwyczajnymi okruchami każdego dnia. Swobodny, gawędziarski język prowadzi nas lekko przez kolejne strony, a nieszablonowi i szczegółowo nakreśleni bohaterowie czynią powieść jeszcze bardziej interesującą. Powieść zawiera w sobie wszystkie zalety kryminału – wciągającą intrygę, inteligentnych detektywów i osobliwe zbrodnie.

Cytaty z książki:

„To powiedziawszy, wsunął Bertiemu wizytówkę z numerem Nowego Scotland Yardu do tej samej kieszeni, do której Plant wetknął przed chwilą pieniądze. Bertie promieniał.

- Ale w jaki sposób pan… - zaczął i zaraz zamilkł, gładząc łeb Arnolda.

- Nie martw się, chłopie – powiedział Jury, wyciągając do niego rękę. – Do widzenia.

- Więc nie przenocuje pan już u nas? – zapytał jeszcze.

- Nie – odrzekł Jury. – Pojadę późnym pociągiem do Yorku. Ale pamiętaj, zadzwoń do mnie kiedyś, dobrze? Opowiesz mi, co u ciebie – dokończył, mrugając do chłopca.

- Oczywiście, proszę pana. Podaj łapę, Arnold. Gdzie twoje maniery?

- Do widzenia, Bertie – powiedział Melrose Plant. – Życzę ci, żebyś nigdy nie skończył trzynastu lat.

Znalazłszy się już na zewnątrz, Jury i Plant ruszyli wzdłuż wału, zamierzając po raz ostatni spojrzeć na wioskę.

- Nie sądzę, żeby jej chodziło o pieniądze – zauważył Jury. – Moim zdaniem, ona nie chciała ani pieniędzy, ani przywilejów należnych rodowi Craelów. Pragnęła tylko mieć rodzinę.

Plant milczał, a Jury zapatrzył się na ciemne, nadbiegające ku brzegowi fale.

- Wie pan – odezwał się znowu – czasami mam wrażenie, że… No, nie wiem… Czasami wydaje mi się… że minąłem się z powołaniem. A na dodatek teraz mam jeszcze zostać nadinspektorem. Czuję się tak, jakby spodziewano się po mnie, że będę w pewnym sensie wymierzał sprawiedliwość. Ale jak ja mam to robić? Bo widzi pan, człowiek patrzy na kogoś takiego jak Julian Crael albo Lili i ma wrażenie, że tacy ludzie są ofiarami… tak jak my wszyscy…. […] No cóż, ale to nie ja powinienem o tym wyrokować, prawda? […] Zastanawiam się, czym jest sprawiedliwość’.

 

MarthaGrimes – „Pod Huncwotem”

 

W Long Piddleton aż zaroiło się od trupów. Kiedy w pubie „Pod Huncwotem” policja znajduje pierwszą ofiarę, traktuje to jak zwykłe morderstwo. Jednak gdy przed pubem „Pod Jackiem i Młotem” zostaje powieszony mężczyzna, dla wszystkich staje się jasne, że nie są to zwykłe zbrodnie. Do sennego z pozoru miasteczka przybywa policjant Scotland Yardu Richard Jury. Kto zabił? Czy morderca jest tylko jeden? Jaki miał motyw? Jury wraz z lokalnym ekscentrykiem Melrose’em Plantem starają się jak najszybciej odpowiedzieć na wszystkie pytania. Muszą się spieszyć, bo przybywa nie tylko wątpliwości, ale i ofiar. Zadanie jest tym trudniejsze, że podejrzani są niemal wszyscy mieszkańcy Long Piddleton. „Pod Huncwotem” to debiut prozatorski Marthy Grimes i początek bestsellerowej serii powieści z Richardem Jurym w roli głównej. Pisarka uchwyciła specyfikę życia na brytyjskiej prowincji… Jej powieści zawierają wszystkie klasyczne elementy brytyjskiego kryminału. Pisarstwo to cechuje wyjątkowa wrażliwość i zmysłowość. Jest to wybitna proza zasługująca na baczną uwagę, charakteryzująca się przezabawna fabułą i niezwykłymi postaciami. Oby jak najdłużej pisała o przygodach inspektora Richarda Jury’ego.

Cytaty z książki:

„ – Dobra. Wychodzić stamtąd, ale już. – Jury użył swego najgroźniejszego tonu. – jeśli użyję mojego kumpla magnum czterdzieści pięć, będziecie mieć brzuchy jak ciastka z dziurką.

Chichot. Potem powoli ukazali się Double’owie. Dziewczynka wpatrywała się w ziemię, czubkiem starego bucika rysując na niej kółka.

- A więc, James. I James. Dlaczego mnie dzisiaj śledzicie? No, gadać!

Usłyszał cienki śmieszek dziewczynki, która jeszcze bardziej opuściła głowę, jakby chciała ja umyć w śniegu. Chłopiec zaczął:

- Słyszeliśmy, że pan wyjeżdża, sir. Przyszliśmy dać panu to. – Wyciągnął z obwisłej kieszeni płaszcza dość brudną paczuszkę, owiniętą w resztki papieru gwiazdkowego. Była płaska i obwiązana kawałkiem wymiętej wstążki, która niegdyś była biała.

- Prezent? O, bardzo wam dziękuję. – Odwiązał paczuszkę i wyjął kawał wyciętej tektury, służącej jako prymitywna ramka, na której przyklejony był obrazek. Widniał na nim jakby występ skalny pokryty gęstym śniegiem, a w oddali ciemna bezkształtna istota, coś jak rozmazany King Kong. Zdjęcie pochodziło z jakiegoś czasopisma. Jury podrapał się w głowę.

- To jest Człowiek Śniegu – objaśnił James. – Mieszka w – jak się nazywa to miejsce? – i spojrzał na siostrę, szukając pomocy, ale odpowiedziało mu tylko energiczne potrząśnięcie głową. Jej usta, jak zwykle, milczały jak zaklęte.

- W Himalajach?

- O właśnie, sir. Prawda, że wygląda jak on? […] I niech pan tylko spojrzy na te ślady, panie Jury. Pomyślałem, że to się panu spodoba – te ślady. Nich pan tylko pomyśli, co on mógłby zrobić tutaj!”

 

MarthaGrimes – „Pod Anodynowym Naszyjnikiem”

 

W pewien sobotni poranek zamiast na polowanie do Northamptonshire Richard Jury musi wybrać się do Littlebourne – małej wioski nieopodal Londynu – gdzie w lesie odkryto okaleczone zwłoki młodej kobiety. Ofiary nikt wcześniej nie widział w okolicy. Miejscowa policja bada okoliczności zbrodni, a Jury poznaje dziwacznych przedstawicieli wiejskiej społeczności, między innymi niespełnioną autorkę kryminałów. Niebawem okaże się, że morderstwo ma związek z brutalnym napadem w londyńskim metrze na skrzypaczkę, która pochodzi z Littlebourne… Czym się to wszystko skończy? Na pewno wypiekami na twarzy czytelnika. Tak tajemnicze i przepojone angielską atmosferą kryminały potrafi tworzyć tylko nierodowita Angielka. Podobno czasem do połowy książki ona sama nie wie, kto jest mordercą… Martha Grimes jest znakomitą pisarką, która nasyca swoją wyobraźnię  poetyckim dotknięciem… zawarcie znajomości z jej kryminałami to prawdziwa przyjemność.

Cytaty z książki:

„- A dlaczego pan się nami interesuje? – zapytał.

- Mnie interesuje gra – odrzekł na to Plant z uśmiechem i podczas gdy oni spoglądali po sobie, dotknął laską rozsypanych arkuszy papieru milimetrowego. – Bo sam jestem Supermagiem trzynastego stopnia.

Obecni popatrzyli na Chamberlena, który sprawiał teraz wrażenie, że jest bardzo niezadowolony.

- O kurde! – odezwał się Keith. – A stopni wtajemniczenia jest tylko piętnaście, Doktorze.

Słysząc te słowa, Melrose ucieszył się w duchu, że nie uległ pokusie i nie powiedział, że jest Magiem dwudziestego stopnia.

- To bardzo ciekawe – stwierdził Chamberlain, skupiając się teraz albo udając, że się skupia na węgorzu w galarecie, którego postawił przed nim Biggins. Wetknął serwetkę za kołnierzyk. – Jednak – powiedział – pytam jeszcze raz: skąd to pańskie zainteresowanie nami?

- Intryguje mnie to – odrzekł Melrose, kładąc na stole mapkę.

- To znaczy ta sama mapka, którą interesuje się nadinspektor Jury? – Chamberlen wycisnął na węgorza cytrynę i posypał go pieprzem. – A wie pan, mnie ona wcale nie ciekawi.

Melrose wyjął z portfela pewną liczbę banknotów i położył je na stole.

- Pięćset funtów – oznajmił. – Czy za taką sumę zostanę dopuszczony do gry?

Na dźwięk jego słów otworzyły się wszystkie usta z wyjątkiem ust Chamberlena, który przeżuwał właśnie kawałek węgorza.

- My nie gramy o pieniądze – powiedział Chamberlen po chwili zastanowienia.

Oto człowiek z zasadami, pomyślał Melrose, w pełni świadom kruchości tych zasad”.

 

Mirosław Żuławski – „Opowieści mojej żony”

 

Książka ta jest zbiorem niezwykle fascynujących opowiadań. Główną bohaterką jest żona pisarza, która wspomina różne wydarzenia ze swojego życia.  W zaskakujący i atrakcyjny sposób snuje historie rodzinne, opowiada o paradoksach ludzkiego istnienia, nasyca je głęboką kobiecą mądrością. Mówi o roli przypadku w życiu, o kobiecej miłości pełnej poświeceń, o tym, jak dobre uczynki przeobrażają się niekiedy w złe, o ludziach niezauważanych za życia, których odejście czyni niewyobrażalną pustkę. W bardzo ciekawy sposób opisuje niezwykłe losy poszczególnych bohaterów. Są to zwykli ludzie, których spotkała na drogach swojego życia i ocaliła od zapomnienia w genialny sposób. Błyskotliwa, pełna ponadczasowych mądrości książka adresowana do każdego. Największą chyba zaletą tych opowiadań jest humor – niezwykle dyskretny, specyficzny, oryginalny… Proza ta sięga do głębin naszej duszy, jest w stanie wzruszyć i wywołać niezwykłe emocje. Jest w stanie także czasami rozśmieszyć do łez.

Cytaty z książki:

„Wkrótce zajechaliśmy przed dom islandzkiego poety. Wysiedliśmy z samochodu i wtedy zobaczyłam twarz tej kobiety także z drugiej strony. Serce zamarło mi w piersi. O ile tamten profil oglądany ukradkiem podczas jazdy był nieskazitelnie piękny, o tyle ten drugi musiał ulec uszkodzeniu w jakimś okropnym wypadku. Niepodobna było odgadnąć, co to mogło być. […] Poznali się w dalekiej i chmurnej Islandii, kiedy on był znanym już poetą, a ona studentką. On zakochał się w niej od razu, ona zakochała się najpierw w jego wierszach, bo każda kobieta, zanim pokocha mężczyznę, zakochuje się najpierw w tym, co on mówi, pisze albo robi. Była bardzo piękna, tak piękna, że kiedy się pobrali, islandzki poeta nie umiał być szczęśliwy. Mówił jej, że jest zbyt piękna, by zostać na zawsze z nim, brzydalem o czerwonej twarzy i ruchach drwala, że opuści go dla kogoś równie jak ona pięknego i odejdzie któregoś dnia bezpowrotnie. Na próżno zapewniała go o swojej miłości. Była zbyt piękna, by mógł jej uwierzyć. A ona kochała go naprawdę takiego, jakim był: gwałtowny, ciepły, bezradny i nieszczęśliwy. Ale nie chciała, aby był nieszczęśliwy, chciała, żeby był spokojny i ufny i żeby nic nie dręczyło jego duszy. Pomyślała także, że nie jest się poetą za darmo, że za poezję płacić się musi chwilami rozdarcia, niepokoju, udręki. Jak go przekonać? Jak uspokoić? Któregoś wieczoru, kiedy powtarzał jej raz po raz, że jest zbyt piękna, by mógł uwierzyć w trwałość swojego szczęścia, podeszła do kominka, wyjęła płonącą żagiew i przyłożyła ją sobie do twarzy.

Moja żona umilkła i wydawało się, że nie ma już nic więcej do powiedzenia. Ale po chwili, widząc, że nikt się nie odzywa, dodała:

- Powiedziałyśmy przed chwilą, że kobiety stać w miłości na znacznie więcej niż mężczyzn. Starałam się wam wykazać na przykładzie, z którym się zetknęłam, że kobiety stać w miłości na wszystko. Nigdy nie spotkałam szczęśliwszej pary niż ta, o której wam opowiedziałam. I nigdy nie widziałam równie pięknej kobiety. Nie mówiąc o jej twarzy. Jej twarz nie była piękna. To ona była piękna. Ona”.

 

Antoni Kroh – „Sklep potrzeb kulturalnych”

 

„Sklep potrzeb kulturalnych” to pokłon oddany kulturze podhalańskiej, wyznanie miłosne maskowane ironia i żartem. Próba oddania atmosfery Podhala lat 50., 60. I 70., całkowicie subiektywna, bez naukowego zadęcia. Najlepsza chyba recenzję tej książki napisała Wisława Szymborska: „Antoni Kroh jest etnografem, ale sporo lat wcześniej – co nie tylko etnografom się przydarza – był małym chłopcem. Chłopiec urodził się wprawdzie w Warszawie, jednak przez pierwsze lata nauki mieszkał w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie chodził do miejscowej szkoły. Były to czasy Bieruta, w szkole panowała programowa nuda i szarzyzna. Ale dobrego pisarza poznaje się m. in. po tym, że nawet o szarzyźnie pisze kolorowo. Toteż książka roi się od uciesznych opowiastek i postaci podpatrzonych bystrym okiem dziecka. W miarę czytania anegdotki trochę rzedną i do głosu dochodzi etnograf, który podhalańskie tereny zna od dawna i dobrze, wraz z ich historią prawdziwą i zmyśloną”.

Cytaty z książki:

„O tym, że w góralskich portkach jest szczególna moc obyczajowa, nie musiałem się uczyć od pana Witkiewicza. Ja te sprawy przerabiałem w praktyce. Rok pięćdziesiąty drugi, trwa ostatnia lekcja, pani nam tłumaczy, że atom jest niepodzielny, bo tak ją przed laty nauczono, a tej wiedzy nie zdołała skorygować nawet tragedia Hiroszimy. Nad Hawraniem czarne chmury, aż tu wpada do klasy pan kierownik Ostrowski. Nie mówi dzień dobry, tylko krzyczy i wywija pięścią, że któryś chłopak rzucał kamieniami w izolatory dopiero co zamontowane, cała Bukowina jest bez prądu i bez telefonu. – Gdyby twoja matka teraz umierała i trzeba było wezwać pogotowie, gdyby twoja gazdówka się paliła, baranie jeden z drugim, a czy wy wiecie, cymbały, jakim dobrodziejstwem jest elektryfikacja wsi, jakim osiągnięciem Polski Ludowej, ile to kosztuje, ile krajowi potrzeba izolatorów, już jedzie milicja i niech ten sabotażysta sobie nie myśli…

Zadzwonił dzwonek, wyszliśmy ze szkoły. Idziemy w górę wsi, gadamy o swoich sprawach. Pod kapliczką siedzi Michał, starszy od nas o kilka lat.

- Cy to ty, Mihale, ozdupcełeś te lekstrykę? – zagadał obojętnie Staszek.

- Ne dyjo. Abo co?

- A bo kierownik straśnie dar kufe.

- Niekza ta.

- Godoł, ze jedzie milicja.

Chwila zadumy. – Niek ino ftóry z woscosi powie, to go podpole – przypomniał dla porządku Michał […]

- A cymuś to, Mihale, ozdupceł? – zainteresował się Marek.

- Wiys, marecku, jako ci to pedziec. Ni mógekstrzymac. To przecie straśniebrzyckie, takie białe na chałupie. I te słupy tysstrasniebrzyckie. Godom ci, telobrzyckie, telobrzyckie – Michał ubijał rękami powietrze, zastanawiając się, jakiego użyc porównania, aby wyrazić cały swój wstręt – godom ci, widziało się, jako by Hań drogom seł Bierut w góralskikportkak…”

 

Wojciech Cejrowski – „Gringo wśród dzikich plemion”

 

Książka dostała nagrodę literacką im. Arkadego Fiedlera  - „Bursztynowy Motyl”. Została uznana za najlepszą podróżniczą książkę roku. Jest to pozycja przygodowa i przyrodnicza. Mądra, a jednocześnie pełna humoru. Sprawia, że czytelnik zaczyna się głośno śmiać. Jest to także album niezwykłych fotografii z wypraw w najdziksze rejony świata. Recenzje czytelników: „Szukałam prezentu dla męża, kupiłam i sama połknęłam w dwa dni, śmiechem prawie wywołując skurcze porodowe”, „Mam 11 lat i przeczytałam tę książkę z wypiekami na twarzy”, „Szkoda, że osoba, na którą nie mogę patrzeć i której poglądy stanowią zaprzeczenie moich, ma zupełnie niezrozumiały dla mnie dar opowiadania ciekawych historii. Na szczęście możliwe jest czytanie bez patrzenia w te złośliwe oczka. Wolałbym, by pański talent miał ktoś bardziej przeze mnie ceniony. Obiecuję, że jeżeli kiedykolwiek będę miał na to jakiś wpływ, natychmiast go Panu odbiorę i dam komuś innemu”.

Cytaty z książki:

„Obcowanie z Indianami jest jak gra w „Chińczyka” – nie wolno się irytować. Trzeba zaakceptować. Takimi, jacy są – z ich tajemnicza logiką „dzikich ludzi”. Oni to samo robią wobec nas – akceptują niezrozumiałe. (I uśmiechają się wtedy jak psychiatrzy na widok ciężkich przypadków)”. „Pracochłonne docieranie dokądś, to tylko kwestia techniczna. Wyprawa, to zaledwie wyczyn mięśni i trochę hartu ducha. Prawdziwe ciekawe i wartościowe jest dopiero to, co następuje później – a więc życie codzienne pośród ludu o innej kulturze. I codzienne spostrzeganie, że człowiek pierwotny, często nazywany Dzikim, różni się od nas jedynie ilością noszonej odzieży”. „Są jeszcze na ziemi takie miejsca, gdzie pieniądze się nie liczą. W świecie Dzikich walutą jest praca, sól, żelazne groty do strzał, noże, siekiery, strzelby. Wielką moc nabywczą mają także: znajomość czarów i umiejętność leczenia, męstwo w walce, mądrość, którą potrafimy służyć innym, lub – i to Was pewnie zadziwi – dobra Opowieść. Posłuchajcie…” „Kiedy Indianie się w końcu na coś decydują, robią to z entuzjazmem. Skoro już idziemy w tym ulewnym deszczu, skoro potykamy się w ciemnościach, skoro w każdej chwili grozi nam ukąszenie nocnego węża, którego nikt w porę nie wypatrzy – cieszmy się! Cieszmy się tą jedyną, niepowtarzalną Tajemniczą chwilą. Chwilą… bohaterskiego wyczynu, który dołożymy do innych bohaterskich wyczynów naszego plemienia i będziemy mogli sławić w Opowieściach – tak myślą Indianie. Najbardziej pogodni ludzie na naszej planecie. Pogodni, nawet w ulewnym deszczu”. „Bieda bywa błogosławieństwem. Niedostatek szkołą mądrości. Indianie – w Brazylii, w Peru, w Kolumbii – gdziekolwiek ich spotykam, są moimi najlepszymi „profesorami”. „Następnego dnia rano, przed moim szałasem znalazłem wspaniały łuk i strzały. Były dużo lepsze od tego, co udało mi się wcześniej nabyć w drodze wymiany „towar za towar”. Bo z Indianami jest tak, że bardziej cenią przyjaźń, męstwo, odwagę, dobrą Opowieść, zabawę i wspólny śpiew niż góry złota. O ile nasz świat byłby lepszy, gdyby więcej jego mieszkańców myślało tak jak Indianie”.