"Lalka" B. Prus

Oferta dla gimnazjalistów na rok szkolny 2017/2018 - kliknij TUTAJ. Zapraszamy do "Czerwoniaka" !

Lalka

Bolesław Prus – „Lalka”

 

„Lalka” Bolesława Prusa jest arcydziełem, najważniejszą polską powieścią. Na jej temat nieustannie wypowiadają się kolejni badacze literatury i zwykli czytelnicy, których książka ta nie przestaje fascynować. Po wielu latach okazuje się, że autor stworzył dzieło, któremu nic nie jest w stanie zaszkodzić - ani czas, ani opinie krytyków, ani zmieniający się świat, ani mody, ani nasze przyzwyczajenie do nowości. Mijają dziesięciolecia, a „Lalka” wciąż ma fanów, kolejnym czytelnikom chce się dyskutować nad fenomenem tej powieści.

 

Zorganizowana w czytelni wystawa prezentuje wypowiedzi krytyków i badaczy literatury oraz najciekawsze cytaty. Mam nadzieję, że przybliżą one tę powieść i przyczynią się do lepszego zrozumienia dzieła. Zachęcam do przeczytania zamieszczonych fragmentów i oczywiście całej „Lalki”.

 

Ewa Matanowska

 

„Temat „Lalki jest następujący: „przedstawić naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu.

Rozkładem jest to, że ludzie dobrzy marnują się lub uciekają, a łotrom dzieje się dobrze. Że upadają przedsiębiorstwa polskie, a na ich gruzach wznoszą się fortuny żydowskie. Że kobiety dobre (Stawska) nie są szczęśliwe, a kobiety złe (Izabela) są ubóstwiane. Że ludzie niepospolici rozbijają się o tysiące przeszkód (Wokulski), że uczciwi nie mają energii (książę), że człowieka czynu gnębi powszechna nieufność i podejrzenia.

Nasz idealizm ma w powieści trzy typy cechujące się tym, że każdy z nich goni za wielkimi dziełami, a nie dba o małe, podczas gdy realista Szlangbaum, wykonując małe rzeczy, zdobywa kraj. Rzecki jest idealistą politycznym. Ochocki – naukowym, a Wokulski bardzo złożonym, jako człowiek epoki przejściowej.

Wokulski wychował się i działał w czasie, który zaczął się poezją, a skończył nauką, zaczął się ubóstwieniem kobiety, a skończył wyrozumowaną prostytucją, zaczął się rycerskością, a skończył kapitalizmem, zaczął się poświęceniem, a skończył geszefciarstwem, gonitwą za pieniędzmi.

Wokulski nie jest „zlepkiem”, ale typem bardzo często spotykanym u nas. Mickiewicz był poetą, a przy tym miał popędy wojskowe, polityczne i reformatorskie i „kochał się jak gimnazjalista”.

Wokulski jest to człowiek, w którym myśl, uczucie, wola i siły organiczne dosięgnęły wysokiego stopnia natężenia. Gdy los złamał w nim rycerza, obudził się uczony; gdy zrobiono go wdowcem po starszej kobiecie, ocknął się (z powodu nieużycia sił fizycznych) kochanek, który stał się spekulantem. Gdy zginął kochanek i spekulant, ocknął się znowu uczony.

Dowodem sił Wokulskiego jest bodaj miłość, która w nim dosięgnęła stopnia monomanii. Mimo to Wokulski nie kwili, nie wzdycha, lecz działa. Rzuca się na spekulacje, ażeby zdobyć samicę, ale obok tego dba o społeczeństwo i o różnych biedaków. Jego obłęd nie paraliżuje rozumu, ani serca, ani woli”.

 

Bolesław Prus - „Słówko o krytyce pozytywnej”

 

 

„Czasem miłość przychodzi za późno. Wtedy może przerodzić się w obsesję, która rujnuje życie zakochanego. „Lalka” to historia szaleństwa romantyka, powstańca – człowieka, który osiągnął sukces i zdobył fortunę. To nie wystarczy jednak, by zmazać hańbę, która w oczach ukochanej czyni go istotą podlejszego gatunku. Wokulski, choć szlachetnie urodzony, trudni się handlem, pomnaża swój majątek, zamiast bezmyślnie go trwonić. Dla panny Łęckiej to grzech śmiertelny. W jej oczach kupiec nigdy nie będzie odpowiednim partnerem dla arystokratki. „Lalka” to nie tylko opowieść o źle ulokowanym uczuciu. To także historia straconych złudzeń i ideowej klęski romantyzmu w epoce przemysłu i nauki, tekst do dziś zadziwiający przenikliwością społecznych obserwacji”.

Mirosław Łesyszak

 

„Miłość Wokulskiego pozostaje zagadkową właśnie dlatego, że on sam o sobie tyle wie, że tyle słusznych i rozsądnych rzeczy mówią mu inni – i że to nic nie zmienia. Nie może przestać kochać i nie może żyć, kochając pannę Izabelę. Miłość stała się dla niego problemem egzystencjalnym, choć sądził, że chodzi mu o małżeństwo”.

Marta Piwińska -„Miłość romantyczna”

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

A gdy zostali sami, dodała:

- Nawet nie wiesz, ile obudziłeś we mnie wspomnień.

Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że miedzy tą damą a jego stryjem musiał istnieć jakiś niezwykły stosunek. Opanowało go niespokojne zdumienie.

„Dzięki Bogu – pomyślał – że jestem legalnym dzieckiem moich rodziców”.

- Proszę cię – zaczęła prezesowa – mówisz, że stryj twój umarł. Gdzieże on, biedak, pochowany?

- W Zasławiu, gdzie mieszkał od powrotu z emigracji.

Prezesowa znowu podniosła chustkę do oczu.

- Doprawdy? … Ach, ja niewdzięczna! … Byłżeś kiedy u niego? … Nie mówiłże ci nic… Nie oprowadzał cię? … Wszakże tam, na górze są ruiny zamku, prawda? Stojąż one jeszcze?

- Tam właśnie, do zamku, stryj co dzień chodził na spacer i całe godziny przesiadywaliśmy z nim na dużym kamieniu…

- Patrzajże?... Znam ten kamień; siedzieliśmy wtedy oboje na nim i patrzyliśmy to na rzekę, to na obłoki, których bieg niepowrotny uczył nas, że tak ucieka szczęście. Czuje to dopiero dzisiaj. A studnia jestże w zamku i zawsze głęboka?

- Bardzo głęboka. Tylko trafić do niej trudno, bo wejście zamaskowały gruzy. Dopiero stryj mi ja pokazał.

- Wieszże ty – mówiła prezesowa – że w chwili ostatniego z nim pożegnania myśleliśmy: czyby się do tej studni nie rzucić? Nikt by nas tam nie odszukał i na wieki zostalibyśmy razem. Zwyczajnie – szalona młodość…

Otarła oczy i ciągnęła dalej:

- Bardzo… bardzo lubiłam go, a myślę, że i on mnie trochę… kiedy tak pamiętał wszystko. Ale on był ubożuchny oficer, a ja na nieszczęście bogata, i do tego jeszcze bliska krewna dwu jenerałów. No i rozdzielono nas… Może też byliśmy zanadto cnotliwi… Ale cicho!... cicho!...  – dodała śmiejąc się i płacząc. – Takie rzeczy wolno mówić kobietom dopiero w siódmym krzyżyku.

Łkanie przerwało jej mowę. Powąchała swój flakonik, odpoczęła i zaczęła znowu:

- Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największa jest zabić miłość. Tyle lat upłynęło, prawie pół wieku; wszystko przeszło: majątek, tytuły, młodość, szczęście… Sam tylko żal nie przeszedł i pozostał, mówię ci, taki świeży, jakby to było wczoraj. Ach, gdyby nie wiara, że jest inny świat, w którym podobno wynagrodzą tutejsze krzywdy, kto wie, czy nie przeklęłoby się i życia, i jego konwenansów… Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dziś macie mocniejsze głowy, lecz zimniejsze aniżeli my serca.

Wokulski siedział ze spuszczonymi oczyma. Coś dławiło go, szarpało za piersi. Wpił sobie paznokcie w ręce i myślał, ażeby jak najprędzej stąd wyjść i już nie słuchać skarg, które odnawiały w nim najboleśniejsze rany.

- A maż on, biedaczysko, jaki nagrobek? – spytała po chwili prezesowa.

Wokulski zarumienił się. Nigdy nie przychodziło mu do głowy, ażeby zmarli potrzebowali czegoś więcej nad grudę ziemi.

- Nie ma – ciągnęła prezesowa widząc jego zakłopotanie. – Nie tobie dziwie się moje dziecko, żeś o nagrobku nie pamiętał, ale sobie wyrzucam, żem zapomniała o człowieku.

Zadumała się i nagle, położywszy na jego ramieniu swoja wychudłą i drżącą rękę, rzekła zniżonym głosem:

- Mam do ciebie prośbę… Powiedz, że ją spełnisz…

- Z pewnością – odparł Wokulski.

- Pozwól, ażebym ja mu postawiła nagrobek. Ale że sama jechać tam nie mogę, więc ty mnie wyręczysz. Weź stąd kamieniarza, niechaj rozłupie ten kamień, wiesz, ten, na którym siadywaliśmy na górze, pod zamkiem, i niech jedna połowę ustawia na jego grobie. Cokolwiek będzie kosztować, zapłacisz, a zwrócę ci razem z dozgonną wdzięcznością. Zrobiszże to?

- Zrobię.

- To dobrze, dziękuję ci… Myślę, że mu przyjemniej będzie spoczywać pod kamieniem, który słyszał nasze rozmowy i patrzył na łzy. Ach, jak ciężko wspominać… A napis, wieszże jaki? – mówiła dalej. – Kiedyśmy się rozłączali, zostawił mi parę strofek z Mickiewicza. Pewnie czytałeś je kiedy.

„Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka,

Tym szerzej koło  żałobne roztoczy,

Tak pamięć o mnie: im dalej ucieka,

Tym grubszym kirem twa duszę zamroczy…”

O, prawda to!... I studnię, która miała nas połączyć, chciałabym upamiętnić w jakiś sposób…

Wokulski wstrząsnął się i patrzył gdzieś szeroko otwartymi oczyma.

- Co tobie? – zapytała prezesowa.

- Nic – odparł z uśmiechem. – Śmierć zajrzała mi w oczy.

- Nie dziw się: krąży koło mnie starej, zatem muszą ją widzieć moi sąsiedzi. Więc zrobisz, o co cię poproszę?

- Tak.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Precz z moich oczu!... posłucham od razu,

Precz z mego serca!... i serce posłucha,

Precz z mej pamięci!... nie… tego rozkazu

Moja i twoja pamięć nie posłucha.

 

Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka,

Tym szerzej koło żałobne roztoczy…

Tak moja postać, im dalej ucieka,

Tym grubszym kirem twą pamięć pomroczy.

 

Na każdym miejscu i o każdej dobie,

Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,

Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,

Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

 

Czy zadumana w samotnej komorze

Do arfy zbliżysz nieumyślną rękę,

Przypomnisz sobie: właśnie o tej porze

Śpiewałam jemu tę sama piosenkę.

 

Czy grając w szachy, gdy pierwszymi ściegi

Śmiertelna złowi króla twego matnia,

Pomyślisz sobie: tak stały szeregi,

Gdy się skończyła nasza gra ostatnia.

 

Czy to na balu w chwilach odpoczynku

Siądziesz nim muzyk tańce zapowiedział,

Obaczysz próżne miejsce przy kominku,

Pomyślisz sobie: on tam ze mną siedział.

 

Czy książkę weźmiesz, gdzie smutnym wyrokiem

Stargane ujrzysz kochanków nadzieje,

Złożywszy książkę z westchnieniem głębokiem

Pomyślisz sobie: ach! To nasze dzieje…

 

A jeśli autor po zawiłej probie

Parę miłosną na ostatek złączył,

Zagasisz świecę i pomyślisz sobie:

Czemu nasz romans tak się nie zakończył?...

 

Wtem błyskawica zamigoce:

Sucha w ogrodzie zaszeleszczy grusza

I puszczyk z jękiem w okno zatrzepioce…

Pomyślisz sobie, że to moja dusza.

 

Tak w każdym miejscu i o każdej dobie,

Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,

Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,

Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.

Adam Mickiewicz – „Do M***”

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Nagle (nie wiem nawet skąd) zrodziło się we mnie podejrzenie, że niespodziewany wyjazd Stacha ma związek z polityką. Postanowiłem więc wybadać Szumana i chcąc zażyć go z mańki, rzekłem:

- Coś mi się zdaje, że Wokulski jest… jakby zakochany?...

Doktor zatrzymał się na chodniku i usiadłszy na swej lasce zaczął się śmiać w sposób, który aż zwracał uwagę na szczęście nielicznych przechodniów.

- Cha! Cha!... czyś pan dopiero dzisiaj zrobił tak piramidalne odkrycie?... Cha! Cha!.. podoba mi się ten starzec!...

Głupi był koncept. Przygryzłem jednak usta i odparłem:

- Zrobić to odkrycie było łatwo, nawet dla ludzi… mniej wprawnych ode mnie (zdaje się, że mu troszkę dogryzłem). Ale ja lubię być ostrożny w przypuszczeniach, panie Szuman… Zresztą, nie sądziłem, ażeby mogła wyrabiać z człowiekiem podobne hece rzecz tak zwyczajna jak miłość.

- Mylisz się, staruszku – odparł doktor machając ręką. – Miłość jest rzeczą zwyczajną wobec natury, a nawet, jeżeli chcesz, wobec Boga. Ale wasza głupia cywilizacja, oparta na poglądach rzymskich, dawno już zmarłych i pogrzebanych, na interesach papiestwa, na trubadurach, ascetyzmie, kastowości i tym podobnych badaniach, z naturalnego uczucia zrobiła… wiesz co?... Zrobiła nerwową chorobę!... Wasza niby to miłość rycersko-kościelno-romantyczna jest naprawdę obrzydliwym handlem opartym na oszustwie, które bardzo słusznie karze się dożywotnimi galerami, zwanymi małżeństwem. Biada jednak tym, co na podobny jarmark przynoszą serca… Ile on pochłania czasu, pracy, zdolności, ba! Nawet egzystencyj… Znam to dobrze – mówił dalej, zadyszany z gniewu – bo choć jestem Żydem i zostanę nim do końca życia, wychowałem się jednak między waszymi, a nawet zaręczyłem się z chrześcijanką… No i tyle nam porobiono udogodnień w naszych zamiarach, tak czule zaopiekowano się nami w imię religii, moralności, tradycji i już nie wiem czego, że ona umarła, a ja próbowałem się otruć… Ja, taki mądry, taki łysy!...

Znowu stanął na chodniku.

- Wierz mi, panie Ignacy – kończył schrypniętym głosem –że nawet miedzy zwierzętami nie znajdziesz tak podłych bydląt jak ludzie. W całej naturze samiec należy do tej samicy, która mu się podoba i której on się podoba. Toteż u bydląt nie ma idiotów. Ale u nas!... Jestem Żyd, więc nie wolno mi kochać chrześcijanki… On jest kupiec, więc nie ma prawa do hrabianki… A ty, który nie posiadasz pieniędzy, nie masz praw do żadnej zgoła kobiety… Podła wasza cywilizacja!... Chciałbym bodaj natychmiast zginąć, ale przywalony jej gruzami…

Szliśmy wciąż ku rogatkom. Od kilku minut zerwał się wiatr wilgotny i dął nam prosto w oczy; na zachodzie poczęły znikać gwiazdy zasłaniane przez chmury. Latarnie trafiały się coraz rzadziej. Kiedy niekiedy w Alei zaturkotał wóz obsypując nas niewidzialnym pyłem; spóźnieni przechodnie uciekali do domów.

„Będzie deszcz!... Stach już jest około Grodziska” – pomyślałem.

Doktor nasunął kapelusz na głowę i szedł zirytowany, milcząc. Mnie było coraz markotniej, może z powodu wzrastającej ciemności. Nie powiedziałbym tego nikomu nigdy, ale nieraz mnie samemu przychodzi na myśl, że Stach… naprawdę już nie dba o politykę, ponieważ cały zatonął w fałdach sukienki tej panny. Zdaje się, że mu nawet cos o tym wspomniałem onegdaj i że to, co on mi odpowiedział, bynajmniej nie osłabiło moich podejrzeń.

- Czy podobna – odezwałem się – ażeby Wokulski tak dalece już zapomniał o sprawach ogólnych, o polityce, o Europie…

- Z Portugalią – wtrącił doktor.

Ten cynizm oburzył mnie.

- Pan sobie drwisz – rzekłem. – Nie zaprzeczysz jednak, że Stach mógł zostać czymś lepszym aniżeli nieszczęśliwym wielbicielem panny Łęckiej. To był działacz społeczny, nie jakiś tam kiepski wzdychacz…

- Masz pan rację – potwierdził doktor – ale cóż stąd?... Machina parowa przecież nie młynek do kawy, to wielka machina; ale gdy w niej zardzewieją kółka, stanie się gratem bezużytecznym i nawet niebezpiecznym. Otóż w Wokulskim jest podobne kółko, które rdzewieje i psuje się…

Wiatr dął coraz mocniej; miałem pełne oczy piasku.

- I skąd właśnie na niego padło takie nieszczęście? – odezwałem się. (Ale niedbałym tonem, ażeby Szuman nie myślał, że żądam informacyj).

- Na to złożyło się i usposobienie Stacha, i stosunki wytworzone przez cywilizację – odparł doktor.

- Usposobienie?... On nigdy nie był kochliwy.

- Tym się zgubił – ciągnął Szuman. –Tysiąc centnarów śniegu, rozdzielonego na płatki, tylko przysypują ziemię nie szkodząc najmniejszej trawce; ale sto centnarów śniegu zbitych w jedną lawinę burzy chałupy i zabija ludzi. Gdyby Wokulski kochał się przez całe życie co tydzień w innej, wyglądałby jak pączek, miałby swobodna myśl i mógłby zrobić wiele dobrego na świecie. Ale on, jak skąpiec, gromadził kapitały sercowe, no i widzimy skutek tej oszczędności. Miłość jest wtedy piękną, kiedy ma wdzięki motyla; ale gdy po długim letargu obudzi się jak tygrys, dziękuję za zabawę!... Co innego człowiek z dobrym apetytem, a co innego ten, któremu głód skręca wnętrzności…

Chmury podnosiły się coraz wyżej; Zawróciliśmy prawie od rogatek. Pomyślałem, że Stach musi już być około Rudy Guzowskiej.

A doktor wciąż prawił, coraz mocniej rozgorączkowany, coraz gwałtowniej wywijając laską:

- Jest higiena mieszkań i odzieży, higiena pokarmów i pracy, których nie wypełniają klasy niższe, i to jest powodem wielkiej śmiertelności między nimi, krótkiego życia i charłactwa. Ale jest również higiena miłości, której nie tylko nie przestrzegają, lecz po prostu gwałcą klasy inteligentne, i to stanowi jedną z przyczyn ich upadku. Higiena woła: „Jedz, kiedy masz apetyt!”, a wbrew niej tysiąc przepisów chwyta cię za poły wrzeszcząc: „Nie wolno!... będziesz jadł, kiedy my cię upoważnimy, kiedy spełnisz tyle a tyle warunków postawionych przez moralność, tradycję, modę…” Trzeba przyznać, ze w tym razie najbardziej zacofane państwa wyprzedziły najbardziej postępowe społeczeństwa, a raczej ich klasy inteligentne.

I przypatrz się, panie Ignacy, jak zgodnie w kierunku ogłupienia ludzi pracuje pokój dziecinny i salon, poezja, powieść i dramat. Każą ci szukać ideałów, samemu być idealnym ascetą i nie tylko wypełniać, ale nawet wytwarzać jakieś sztuczne warunki. A co z tego wynika w rezultacie?... Że mężczyzna, zwykle mniej wytresowany w tych rzeczach, staje się łupem kobiety, która tylko w tym kierunku tresują. I otóż cywilizacją naprawdę rządzą kobiety!...

- A niech diabli wezmą! – wrzasnął doktor. – Czy nie spostrzegłeś, panie Ignacy, że jeżeli mężczyzna pod względem duchowym jest muchą, to kobieta jest jeszcze gorszą muchą, gdyż pozbawioną łap i skrzydeł. Wychowanie, tradycja, a może nawet dziedziczność, pod pozorem zrobienia jej istota wyższą, robią z niej istotę potworną. I ten próżnujący dziwoląg, ze skrzywionymi stopami, ze ściśniętym tułowiem, czczym mózgiem, ma jeszcze obowiązek wychowywać przyszłe pokolenia ludzkości!... Cóż więc im zaszczepia?... czy dzieci uczą się pracować na chleb?... Nie, uczą się ładnie trzymać nóż i widelec. Czy uczą się poznawać ludzi, z którymi kiedyś żyć im przyjdzie?... Nie, uczą się im podobać za pomocą stosownych min i ukłonów. Czy uczą się realnych faktów, decydujących o naszym szczęściu i nieszczęściu?... Nie, uczą się zamykać oczy na fakty, a marzyć o ideałach. Nasza miękkość w życiu, nasza niepraktyczność, lenistwo, fagasostwo i te straszne pęta głupoty, które od wieków gniota ludzkość, są rezultatem pedagogiki stworzonej przez kobiety. A nasze znowu kobiety są owocem klerykalno-feudalno-poetyckiej teorii miłości, która jest obelgą dla higieny i zdrowego rozsądku…

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Drapie się tedy komornik z policją na trzecie piętro, stuk – puk! Drzwi u chłopców zamknięte, ale ze środka pytają się: „Kto tam?” – „W imieniu prawa otwórzcie!” – mówi komornik. – „Prawo prawem – mówią mu ze środka – ale my nie mamy klucza. Ktoś nas zamknął, pewnie pani baronowa”. – „Panowie, żarty sobie robicie z władzy – mówi komornik, a panowie wiecie, że powinniście się wyprowadzić”. – „Owszem – mówią ze środka – ale przecież dziurka od klucza nie wyjdziemy. Chybaby…”

Naturalnie, komornik wysyła stróża i czeka na schodach z policją. W jakie pół godziny przychodzi i ślusarz: otworzył ten zwyczajny zamek wytrychem, ale angielskiemu zatrzaskowi nie może dać rady. Kreci, wierci – na próżno… Dyma znowu po narzędzia, na co znowu schodzi mu z pół godziny, a tymczasem w podwórzu zbiegowisko, wrzask, a na drugim piętrze pani baronowa dostaje najstraszniejszych spazmów.

Komornik ciągle czeka na schodach, aż tu wpada do niego Maruszewicz. „Panie! – woła – zobacz no co ci dokazują…” Komornik wybiega na dziedziniec i widzi taką scenę:

Okno na trzecim piętrze otwarte (miarkuj pan, w lutym!) i z owego okna lecą na podwórze: sienniki, kołdry, książki, trupie główki i tam dalej. Niedługo poczekawszy zjeżdża na sznurze kufer, a po nim – łóżko.

- „No i cóż pan na to?” – woła Maruszewicz.

- „Trzeba spisać protokół – mówi komornik. – Zresztą wyprowadzają się, więc może nie warto im przeszkadzać”.

Wtem – nowa szopka. W otwartym oknie na trzecim piętrze ukazuje się krzesło, na krześle siada Patkiewicz, dwaj koledzy spychają go i – mój Patkiewicz jedzie z krzesłem na sznurach w dół!... To już i komornika zemdliło, a jeden stójkowy przeżegnał się.

„Kark skręci… - mówią baby. – Jezus Maria! Ratuj dusze jego…”Maruszewicz, jako człowiek nerwowy, uciekł do pani Krzeszowskiej, a tymczasem krzesełko z Patkiewiczem zatrzymuje się na wysokości drugiego piętra, przy oknie baronowej.

- „Skończcież panowie z tymi żartami!” – woła komornik do dwu kolegów Patkiewicza, którzy go spuszczali.

- „Ale ba! Kiedy nam się sznur zerwał…” – mówią tamci.

- „Ratuj się, Patkiewicz!... – woła z góry Maleski.

Na dziedzińcu awantura. Baby (ile, że niejedna mocno interesowała się zdrowiem Patkiewicza) zaczynają wrzeszczeć, stójkowi osłupieli, a komornik zupełnie stracił głowę.

- „Stań pan na gzymsie!... Bij w okno…” – woła do Patkiewicza.

Memu Patkiewiczowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zaczyna tedy pukać do okna baronowej tak, że sam Maruszewicz nie tylko mu otworzył lufcik, ale jeszcze własnoręcznie wciągnął chłopa do pokoju.

Nawet baronowa przybiegła zatrwożona i mówi do Patkiewicza:

- „Boże miłosierny! Potrzebne też to panu takie figle?”

- „Inaczej nie miałbym przyjemności pożegnać szanownej pani” – odpowiada Patkiewicz i słyszę, pokazał jej takiego nieboszczyka, że baba runęła na wznak na podłogę wołając:

- „Nie ma mnie kto bronić!... Nie ma już mężczyzn!... Mężczyzny!... Mężczyzny!...”

Krzyczała tak głośno, że ją było słychać na całym dziedzińcu, i nawet komornik bardzo opacznie wytłomaczył sobie jej wołania, bo powiedział do stójkowych:

- „Ot, w jaka chorobę wpadła biedna kobieta!... Trudno, już ze dwa lata jest w separacji z mężem”.

Patkiewicz, jako medyk, pomacawszy puls baronowej, kazał jej zadać waleriany i najspokojniej wyszedł. A tymczasem w ich lokalu ślusarz wziął się do odbijania angielskiego zatrzasku. Kiedy już skończył swoja czynność i dobrze drzwi pokaleczył, Maleski nagle przypomniał sobie, że oba klucze: od zamku i od zatrzasku – ma w kieszeni.

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wchodzimy.

Trzy łóżka. Na jednym z książką w ręku i nogami opartymi o poręcz leży jakiś młody człowiek z czarnym zarostem i w studenckim mundurku; na dwu zaś innych łózkach pościel wygląda tak, jakby przez ten pokój przeleciał huragan i wszystko do góry nogami przewrócił. Widzę tez kufer, pusta walizkę tudzież mnóstwo książek leżących na półkach, na kufrze i na podłodze. Jest nareszcie kilka krzeseł giętych i zwyczajnych i niepoliturowany stół, na którym przyjrzawszy się uważniej spostrzegłem wymalowana szachownicę i poprzewracane szachy.

W tej chwili mdło mi się zrobiło; obok szachów bowiem spostrzegłem dwie trupie główki: w jednej był tytuń, a w drugiej… cukier!...

- Czego to? – zapytał młody człowiek z czarnym zarostem nie podnosząc się z łóżka.

- Pan Rzecki, plenipotent gospodarza… - odezwał się rządca wskazując na mnie.

Młody człowiek oparł się na łokciu i bystro patrząc na mnie rzekł:

- Gospodarza?... W tej chwili ja tu jestem gospodarzem i wcale sobie nie przypominam, ażebym mianował plenipotentem tego pana…

Odpowiedź była tak uderzająco prosta, że obaj z Wirskim osłupieliśmy. Młody człowiek tymczasem ociężale podniósł się z łóżka i bez zbytniego pośpiechu począł zapinać spodnie i kamizelkę. Pomimo całej systematyczności, z jaka oddawał się temu zajęciu, jestem pewny, że przynajmniej połowa guzików jego garderoby pozostała nie zapiętą.

- Aaa!... – ziewnął.

- Niech panowie siadają – rzekł manewrując ręką w taki sposób, że nie wiedziałem, czy każe nam umieścić się w walizie czy na podłodze.

- Gorąco, panie Wirski – dodał – prawda?... Aaa!...

- Właśnie sąsiad z przeciwka skarży się na panów dobrodziejów!... – odparł z uśmiechem rządca.

- O cóż to?

- Że panowie chodzą nago po pokoju…

Młody człowiek oburzył się.

- Zwariował stary czy co?... On może chce, żebyśmy się ubierali w futra na taką spiekotę?... Bezczelność!... słowo honoru daję…

- No – mówił rządca – niech panowie raczą uwzględnić, że on ma dorosłą córkę.

- a cóż mnie do tego?... Ja nie jestem jej ojcem. Stary błazen! Słowo honoru, i przy tym łże, bo nago nie chodzimy.

- Sam widziałem… - wtrącił rządca.

- Słowo honoru, kłamstwo! – zawołał młody człowiek rumieniąc się z gniewu. – Prawda, że Maleski chodzi bez koszuli, ale w majtkach, a Patkiewicz chodzi bez majtek, lecz za to w koszuli. Panna Leokadia więc widzi cały garnitur.

- Tak, i musi zasłaniać wszystkie okna – odparł rządca.

- To stary zasłania, nie ona – odparł student machając ręką. – Ona wygląda przez szpary między firanką a oknem. Zresztą, proszę pana: jeżeli pannie Leokadii wolno drzeć się na całe podwórko, to znowu Maleski i Patkiewicz mają prawo chodzić po swoim pokoju, jak im się podoba.

Mówiąc to młody człowiek spacerował wielkimi krokami. Ile razy zaś stanął do nas tyłem, rządca mrugał na mnie i robił miny oznaczające wielką desperację. Po chwili milczenia odezwał się:

- Panowie dobrodzieje winni nam za cztery miesiące…

- O, znowu swoje!... – wykrzyknął młody człowiek wsadzając ręce w kieszenie. – Ileż razy jeszcze będę musiał powtarzać panu, ażeby pan o tych głupstwach nie gadał ze mną, tylko albo z Patkiewiczem, albo z Maleskim?... To przecie tak łatwo pamiętać: Maleski płaci za miesiące parzyste, luty, kwiecień, czerwiec, a Patkiewicz za nieparzyste: marzec, maj, lipiec…

- Ależ nikt z panów nigdy nie płaci! – zawołał zniecierpliwiony rządca.

- A któż winien, że pan nie przychodzi we właściwej porze?!... – wrzasnął młody człowiek wytrząsając rękoma.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

„Basta! – pomyślał – ja tu rozum stracę…”

I postanowił zapomnieć o pannie Izabeli.

Była już druga po północy. W biurze telegrafu paliła się lampa z zielonym daszkiem i słychać było pukanie aparatu. Obok dworca przechadzał się jakiś człowiek, który zdjął czapkę.

- Kiedy jedzie pociąg do Warszawy? – spytał go Wokulski.

- O piątej, wielmożny panie – odparł człowiek robiąc ruch, jakby chciał pocałować go w rękę. – Ja, wielmożny panie, jestem…

- Dopiero o piątej!... – powtórzył Wokulski. – Końmi można… A z Warszawy o której?

- Za trzy kwadranse… - szepnął Wokulski – Kwadranse… kwadranse… - powtarzał czując, że niedokładnie wymawia literę r.

Odwrócił się od nieznajomego i wzdłuż plantu poszedł w kierunku Warszawy. Człowiek patrzył za nim, kręcił głową i zniknął w ciemnościach.

„Kwadranse… kwadranse… - mruczał Wokulski. – Język mi kołowacieje?... Jaka dziwna plątanina wypadków; uczyłem się, ażeby zdobyć pannę Izabelę, a nauczyłem się, aby ją stracić… Albo i Geist. Po to zrobił wielki wynalazek, po to zrobił wielki wynalazek, po to powierzył mi święty depozyt, ażeby pan Starski miał jeden więcej powód do swoich poszukiwań. Wszystkiego mnie pozbawiła, nawet ostatniej nadziei… Gdyby w tej chwili zapytano mnie: czy ja istotnie znałem Geista? Czym widział jego dziwny metal? Nie umiałbym odpowiedzieć i już sam nie wiem, czy to nie było złudzeniem… Ach, gdybym mógł o niej myśleć… Choćby przez kilkanaście minut…

Otóż nie będę o niej myślał…”

Noc była gwiaździsta, pola ciemne, wzdłuż kolei w wielkich odstępach paliły się sygnałowe latarnie. Wokulski idąc rowem potknął się o spory kamień i w jednej chwili stanęły mu przed oczyma ruiny zamku w Zasławiu, kamień, na którym siedziała panna Izabela, i jej łzy. Ale tym razem poza łzami błysnęło spojrzenie pełne fałszu.

„Otóż nie będę o niej myślał… Pojadę do Geista, będę pracował od szóstej rano do jedynastej w nocy, będę musiał uważać na każdą zmianę ciśnienia, temperatury, natężenia prądu… Nie zostanie mi ani jednej chwili…”

Zdawało mu się, że ktoś za nim idzie. Odwrócił się, ale nie dojrzał nic. Natomiast spostrzegł, że lewym okiem widzi gorzej niż prawym, co niewymownie zaczęło go drażnić.

Chciał wrócić się do ludzi, ale uczuł, że nie zniósłby ich widoku. Już samo nawet myślenie męczyło go, prawie bolało.

- „Nie wiedziałem, ze człowiekowi może ciężyć własna dusza…” – mruknął.

- „Ach, gdybym mógł nie myśleć…”

Daleko na wschodzie zamajaczył blask i ukazał się wąski sierp księżyca oblewając krajobraz niewymownie ponurym światłem. I nagle ukazało się Wokulskiemu nowe widzenie. Był w cichym i pustym lesie; pnie sosen rosły pochylone w dziwaczny sposób, nie odzywał się żaden ptak, wiatr nie poruszał najmniejszej gałązki. Nie było nawet światła, tylko półmrok. Wokulski czuł, że ten mrok, żal i smutek wypływał z jego serca i że to wszystko zakończy się chyba z życiem, jeżeli się zakończy…

Spomiędzy sosen, gdziekolwiek spojrzał, przeglądały płaty szarego nieba; każdy zamieniał się w drgającą szybę wagonu, w której widać było blady obraz panny Izabeli w uścisku Starskiego.

Wokulski już nie mógł oprzeć się widzeniom: opanowały go, pożarły mu wolę, skrzywiły myśl i zatruły serce. Duch jego stracił wszelką samodzielność: rządziło nim lada wrażenie, odbijające się w tysiącznych, coraz bardziej posępniejszych, coraz boleśniejszych formach, jak echa w pustej budowli.

Znowu potknął się o kamień i ten nieznaczący fakt obudził w nim straszliwe medytacje.

Zdawało mu się, że kiedyś, kiedyś… on sam był kamieniem, zimnym, ślepym, nieczułym.

A gdy leżał pyszny w swojej martwocie, której największe ziemskie kataklizmy nie zdołały ożywić, w nim czy nad nim odezwał się głos zapytujący:

„Chcesz zostać człowiekiem?”

„Co to jest człowiek?...” – odparł kamień.

„Chcesz widzieć, słyszeć, czuć?...”

„Co to jest czuć?...”

„Więc czy chcesz zaznać coś zupełnie nowego? Czy chcesz istnienia, które w jednej chwili doświadcza więcej aniżeli wszystkie kamienie w ciągu miliona wieków?”

„Nie rozumiem – odparł kamień – ale mogę być wszystkim”.

„A jeżeli – pytał głos nadnaturalny – po tym nowym bycie pozostanie ci wieczny żal?...”

„Co to jest żal?... Mogę być wszystkim”.

„Więc niech się stanie człowiek” – odpowiedziano.

I stał się człowiek. Żył kilkadziesiąt lat, a w ciągu nich tyle pragnął i tyle cierpiał, że martwy świat nie zaznałby tego przez całą wieczność. Goniąc za jednym pragnieniem znajdował tysiące innych, uciekając przed jednym cierpieniem wpadł w morze cierpień i tyle odczuł, tyle przemyślał, tyle pochłonął sił bezświadomych, że wkońcu obudził przeciw sobie całą naturę.

„Dosyć!... – poczęto wołać ze wszystkich stron. – Dosyć!... ustąp innym miejsca w tym widowisku…”

„Dosyć!... dosyć!... już dosyć!... – wołały kamienie, drzewa, powietrze, ziemia i niebo. – Ustąp innym!... niech i oni poznają ten nowy byt…”

Dosyć!... Więc znowu ma zostać niczym, i to w chwili, kiedy ów wyższy byt jako ostatnia pamiątkę daje mu tylko rozpacz po tym, co stracił, i żal za tym, czego nie dosięgnął!...

„Ach, gdyby już słońce weszło! – szepnął Wokulski. – Wracam do Warszawy… Zabiorę się do jakiejkolwiek roboty i skończę z tymi głupstwami, które mi rozstrajają nerwy… Chce Starskiego? Niech ma Starskiego!... Przegrałem na niej? Dobrze!... Za to wygrałem na innych rzeczach… Wszystkiego nie można posiadać…”

Od kilku chwil czuł na wąsach jakąś gęstą wilgoć.

„Krew?” – pomyślał. Otarł usta i przy świetle zapałki zobaczył na chustce pianę.

„Wściekam się czy co, u diabła?...”

Wtem z daleka zobaczył dwa światła, powoli zbliżające się w jego stronę; za nimi majaczyła ciemna masa, za którą ciągnął gęsty snop iskier.

„Pociąg?... – rzekł do siebie, i przywidziało mu się, że jest to ten sam pociąg, którym jedzie panna Izabela. Znowu zobaczył salonik oświetlony latarnią przysłoniętą niebieskim kamlotem, a w kącie dostrzegł pannę Izabelę w objęciach Starskiego…

„Tak kocham… tak kocham… - szepnął. – I nie mogę zapomnieć!...”

W tej chwili opanowało go cierpienie, na które w ludzkim języku już nie ma nazwiska. Dręczyła go zmęczona myśl, zbolałe uczucie, zdruzgotana wola, całe istnienie… I nagle uczuł już nie pragnienie, ale głód i żądzę śmierci.

Pociąg z wolna zbliżał się. Wokulski, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, upadł na szyny. Drżał, zęby mu szczekały, schwycił się oburącz podkładów, miał usta pełne piasku… Na drogę padł blask latarń, szyny zaczęły cicho dźwięczeć pod toczącą się lokomotywą…

„Boże, bądź miłościw…” – szepnął i zamknął oczy.

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Co tam się działo, dobrze nie wiem, bo najdziksze fantazje przebiegały mi po głowie. Marzyło mi się, że pan Leon mówi, jak zwykle, o potędze wiary, o upadku duchów i o potrzebie poświęcenia, czemu głośno wtórowali obecni. Zgodny chór jednakże osłabnął, gdy pan Leon zaczął tłumaczyć, że należałoby nareszcie wypróbować owej gotowości do czynu. Musiałem być bardzo nietrzeźwy, skoro przywidziało mi się, że pan Leon proponuje, ażeby kto z obecnych skoczył z Nowego Zjazdu na bruk idącej pod nim ulicy, i że na to wszyscy umilkli jak jeden mąż, a wielu pochowało się za beczki.

- Więc nikt nie zdecyduje się na próbę?!... – krzyknął pan Leon załamując ręce.

Milczenie. W piwnicy zrobiło się pusto.

- Więc nikt?... nikt?...

- Ja – odpowiedział jakiś prawie obcy mi głos.

Spojrzałem. Przy dogorywającej świeczce stał Wokulski.

Wino Machalskiego było tak mocne, że w tej chwili straciłem przytomność.

Po uczcie w piwnicy Stach przez kilka dni nie pokazał się w mieszkaniu. Nareszcie przyszedł – w cudzej odzieży, zmizerowany, ale z zadartą głową. Wtedy pierwszy raz usłyszałem w jego głosie jakiś twardy ton, który do dziś dnia robi mi przykre wrażenie.

Od tej pory zupełnie zmienił tryb życia. Swój balon z wiatrakiem rzucił w kąt, gdzie go niebawem zasnuła pajęczyna: butlę do robienia gazów oddał stróżowi na wodę, do książek nawet nie zaglądał. I tak leżały skarbnice ludzkiej mądrości, jedne na półce, inne na stole, jedne zamknięte, inne otwarte, a on tymczasem…

Niekiedy po parę dni nie bywał w domu, nawet na nocleg; to znowu wpadał z wieczora i w odzieniu rzucał się na nieposłane lóżko. Czasami zamiast niego przychodziło kilku nieznanych mi panów, którzy nocowali na kanapce, na łóżku Stacha, nawet na moim własnym, nie tylko nie dziękując mi, ale nawet nie mówiąc: jak się nazywają i w jakiej branży pracują. A znowu kiedy indziej zjawiał się sam Stach i siedział w pokoju parę dni bez zajęcia, rozdrażniony, ciągle nadsłuchujący, jak kochanek, który przyszedł na schadzkę z mężatką, lecz zamiast niej spodziewa się zobaczyć męża.

Nie posądzam, ażeby Małgosia Minclowa miała być ta mężatką, gdyż i ona wyglądała, jakby ją giez ukąsił. Z rana oblatywała kobieta ze trzy kościoły, widocznie pragnąc niepokoić z kilku stron miłosiernego Boga. Zaraz po obiedzie zbierała się u niej jakaś sesja dam, które w oczekiwaniu doniosłych wypadków opuszczały mężów i dzieci, ażeby zajmować się plotkami. Nad wieczorem zaś schodzili się do niej panowie; ale ci, nawet nie gadając z panią Małgorzatą, odsyłali ją do kuchni.

Nic dziwnego, że przy takim chaosie w domu i mnie w końcu zaczęły się mieszać klepki. Zdawało mi się, że  w Warszawie jest ciaśniej i że wszyscy są odurzeni. Co godzinę oczekiwałem jakiejś nieokreślonej niespodzianki, lecz mimo to wszyscy mieliśmy doskonały humor i głowy pełne projektów.

Tymczasem JaśMincel, dręczony w domu przez żonę, od samego rana szedł na piwo i wracał aż wieczorem. Wynalazł nawet przysłowie: „Co tam!... Raz kozie śmierć…”, które powtarzał do końca życia.

Nareszcie pewnego dnia Stach Wokulski całkiem zniknął mi z oczu. Dopiero we dwa lata napisał do mnie list z Irkucka, prosząc, abym mu przysłał jego książki.

W jesieni, w roku 1870 (właśnie wróciłem od Jasia Mincla, który już leżał w łóżku), siedzę sobie w moim pokoju po wieczornej herbacie, nagle ktoś puka do drzwi.

- Herein! – mówię.

Drzwi skrzyp… Patrzę, stoi na progu jakaś brodata bestia, w paltocie z foczej skóry, odwróconej włosem na wierzch.

- No – mówię – niech mnie diabli wezmą, jeżeliś ty nie Wokulski.

- On sam – odpowiada jegomość w foczej skórze.

- W imię Ojca i Syna!... – mówię. – Kpisz – mówię – czy o drogę pytasz?... skądeś się tu wziął? Chyba że jesteś duszą zmarłą…

- Jestem żywy – on mówi – nawet jeść mi się chce.

Zdjął czapkę, zdjął futro, usiadł przy świecy. Jużci Wokulski. Broda jak u zbója, pysk jak u Longina, co to Chrystusowi Panu bok przebił, ale – oczywisty Wokulski…

- Wróciłeś – mówię – czyś tylko przyjechał?

- Wróciłem.

- Cóż kraj tamtejszy?

- Niczego.

- Phi!... A ludzie? – pytam.

- Niezgorsi.

- Fiu!... A z czego żyłeś?

- Z lekcyj – mówi – Jeszcze przywiozłem ze sześćset rubli.

- Fiu!... fiu!... A co myślisz robić?

- No, jużci do Hopfera nie wrócę – odparł uderzając pięścią w stół.

- Chyba nie wiesz – dodał – że jestem uczonym; mam nawet rozmaite podziękowania od petersburskich naukowych towarzystw…

„Subiekt od Hopfera – został uczonym!... Stach Wokulski ma podziękowania od petersburskich towarzystw naukowych!... Istna heca…” – pomyślałem.

Co tu dużo gadać. Uplacował się chłopak gdzieś na Starym Mieście i przez pół roku żył ze swej gotówki kupując za nią dużo książek, ale za to mało jedzenia. Wydawszy pieniądze począł szukać roboty, i wtedy – trafiła się rzecz dziwna. Kupcy nie dali mu roboty, gdyż był uczonym, a uczeni nie dali mu także, ponieważ był eks-subiektem. Został tedy, jak Twardowski, uczepiony między niebem a ziemią. Może rozbiłby sobie łeb gdzie pod Nowym Zjazdem, gdybym od czasu do czasu nie przyszedł mu z pomocą.

Strach, jak ciężkim było jego życie. Zmizerniał, sposępniał, zdziczał… Ale nie narzekał. Raz tylko, kiedy mu powiedziano, że dla takich jak on nie ma tu miejsca, szepnął:

- Oszukano mnie…